Są festiwalowe dni, które układają się według gatunków, i takie, które działają dokładnie odwrotnie. Pierwszy dzień BitterSweet Festival 2026 należał zdecydowanie do tej drugiej kategorii. W ciągu kilku godzin poznańska Cytadela pozwalała przeskakiwać od wielkiego popowego głosu przez jazz-house, współczesny jazz i orkiestrę dętą grającą techno aż do dwóch koncertów, które zgromadziły największe emocje wieczoru – Lorde i Gorillaz.

Już sam plan czwartku wymagał podejmowania decyzji. Cztery sceny i występy zachodzące na siebie sprawiały, że pełne obejrzenie wszystkiego było niemożliwe. Nasza festiwalowa trasa prowadziła przez siedem zaznaczonych koncertów. Zaczęła się o 18:30 na ENEA Stage, a skończyła dopiero po północy pod główną sceną.

Charlie Jeer | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Maciej Chomik i Michal Murawski

Pierwszym przystankiem był Charlie Jeer. Młody artysta pojawił się na ENEA Stage z materiałem łączącym elektronikę, pop, jazz-house, soul i R&B. Charakterystycznym elementem jego brzmienia jest także żywy saksofon, który odróżnia go od wielu wykonawców korzystających z podobnej, elektronicznej estetyki.

To był koncert dobrze pasujący do wczesnej, jeszcze rozgrzewkowej części festiwalowego wieczoru. Jeer nie musiał konkurować skalą z późniejszymi headlinerami. Zamiast tego proponował rytmiczny, lekki set, który dobrze wprowadzał w coraz bardziej intensywny program dnia.

Jessie J | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Maciek Czyżewski

Niespełna godzinę później na BitterSweet Stage pojawiła się Jessie J i od razu było jasne, że zaczyna się część wieczoru oparta już na naprawdę dużych nazwiskach.

Brytyjka sięgnęła po utwory takie jak „Do It Like a Dude”, „Price Tag”, „Domino” czy „Who You Are”, ale równie ważne jak same przeboje były momenty pomiędzy piosenkami. Jessie J chętnie rozmawiała z publicznością, żartowała i skracała dystans między sceną a pierwszymi rzędami.

Jednym z najbardziej zapamiętywalnych momentów było przekazanie mikrofonu dwóm dziewczynom stojącym pod sceną. Kiedy zaczęły śpiewać, spontaniczny fragment koncertu błyskawicznie stał się jednym z szerzej komentowanych wydarzeń pierwszego dnia.

Jessie J pokazała też, że jej największym atutem nadal pozostaje głos. W świecie popowych koncertów opartych często na precyzyjnie zaprogramowanym widowisku jej występ wyróżniał się bezpośredniością i miejscem pozostawionym na nieprzewidywalność.

Jednym z najciekawszych pomysłów tegorocznego BitterSweet jest PKO Bank Polski Stage. O 19:45 pojawili się tam Blue Jazz Orchestra & Paulina Przybysz – czternastoosobowy poznański big-band związany z klubem Blue Note i wokalistka, która od lat wyjątkowo swobodnie porusza się pomiędzy soulem, jazzem, elektroniką i hip-hopem. Założeniem projektu było właśnie spotkanie tych muzycznych światów.

W festiwalowym otoczeniu takie koncerty łatwo potraktować jako program poboczny wobec headlinerów. Tutaj sens był dokładnie odwrotny. Duży skład instrumentalny i charakterystyczny głos Przybysz dawały chwilę oddechu od dominującej tego dnia elektroniki i popu, ale nie oznaczały spadku temperatury. Energia wynikała po prostu z czegoś innego – z aranżacji, dynamiki zespołu i żywego grania.

To był również jeden z momentów, w których najmocniej było słychać lokalny charakter festiwalu. BitterSweet sprowadza na Cytadelę światowe gwiazdy, ale równocześnie potrafi postawić obok nich czternastu poznańskich muzyków i nie traktować tego zestawienia jak egzotycznego dodatku.

O 21:00 na PKO Bank Polski Stage grało hoshii: Kuba Więcek, Grzegorz Tarwid, Max Mucha i Miłosz Berdzik. To skład, który dobrze pokazuje, jak bardzo współczesny polski jazz oddalił się od stereotypu muzyki zamkniętej w klubie dla wtajemniczonych. Zresztą cały projekt konsekwentnie szuka kontaktu z hip-hopem i popem, czego przykładem jest seria „hoshii sessions”.

W kontekście pierwszego dnia BitterSweet hoshii było czymś więcej niż zmianą stylistyczną. Pokazywało, że granica między „ambitnym” programem bocznej sceny a muzyką mogącą funkcjonować na dużym festiwalu staje się coraz mniej potrzebna. Improwizacja, groove i elektroniczna wrażliwość tego składu pasowały do Cytadeli równie naturalnie jak popowe refreny dobiegające z największej sceny.

O 21:15 zaczęła Lorde. Można było spodziewać się, że „Royals” zostanie zachowane na później, tymczasem artystka zagrała swoją najbardziej rozpoznawalną piosenkę już na otwarcie. Było w tym coś przewrotnego: zamiast przez godzinę prowadzić publiczność w stronę obowiązkowego hitu, Lorde od razu zdjęła go z programu i mogła pójść dalej.

A „dalej” oznaczało przede wszystkim nowszą, bardziej fizyczną i elektroniczną odsłonę jej muzyki. Materiał z „Virgin” przesuwa ciężar koncertu w stronę synth-popu, rytmu i ruchu. Lorde nie próbowała więc sprzedawać wyłącznie nostalgii za czasami „Pure Heroine”. To istotne szczególnie na festiwalu, który sam uczynił nostalgię częścią swojej tożsamości.

Najważniejsza pozostawała jednak relacja z publicznością. W pewnym momencie artystka zeszła ze sceny do fanów; podczas „Ribs” doszło też do spotkania z osobą stojącą pod sceną, która później opisywała, że Lorde chwyciła ją za rękę i wzięła przygotowaną przez nią koszulkę.

Jeśli Jessie J budowała bliskość przede wszystkim rozmową i humorem, Lorde robiła to ruchem. Jej koncert miał w sobie kontrolowany chaos – mniej wokalnej demonstracji, więcej wspólnego przeżywania piosenek.

MEUTE | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Michal Murawski i Hubert Grygielewicz

O 22:30 ENEA Stage przejęło MEUTE i jeśli ktoś po całym dniu potrzebował jeszcze dowodu, że instrumentarium nie określa gatunku muzycznego, dostał go w bardzo efektownej formie.

Jedenastu muzyków, instrumenty dęte i perkusyjne oraz elektronika odtworzona za pomocą akustycznego aparatu orkiestry marszowej – na papierze brzmi to jak koncept, który może szybko zmienić się w ciekawostkę. MEUTE od dawna udowadnia jednak, że ten pomysł działa również wtedy, gdy mija pierwsze zaskoczenie. Organizator reklamował ich właśnie jako jedenastoosobową orkiestrę przenoszącą elektroniczne beaty na żywe instrumenty.

Na Cytadeli ten format miał szczególny sens. Po zmroku repetytywność techno, potężny rytm sekcji i brzmienie blachy tworzyły koncert niemal fizyczny. W sieci pojawiło się już nagranie wykonywanego tego wieczoru „HeyHey”, potwierdzające obecność tego numeru w poznańskim secie.

MEUTE było świetnym pomostem przed finałem. Bo chwilę później trzeba było wrócić na BitterSweet Stage.

Gorillaz | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Maciej Chomik i Hubert Grygielewicz

O 23:30 zaczął się koncert, wokół którego przez cały dzień narastało napięcie. Według relacji z Cytadeli pytanie o to, kiedy najlepiej ustawić się pod sceną na Gorillaz, przewijało się wśród festiwalowiczów godzinami. Kiedy przyszła pora występu, to właśnie pod główną sceną zebrał się największy tłum pierwszego dnia.

Damon Albarn i jego zespół nie zaczęli jednak od łatwego strzału w nostalgię. Otwarciem było „The Mountain”, a wraz z nim brzmienia sitaru, bansurii i tabli. Dopiero później koncert zaczął stopniowo odsłaniać kolejne warstwy katalogu Gorillaz. „The Happy Dictator” przechodziło w „Tranz”, „Last Living Souls” uruchamiało pamięć o „Demon Days”, a „19-2000” zmieniało Cytadelę w ogromny parkiet.

Oczywiście musiały nadejść „Feel Good Inc.” i „Clint Eastwood”. I właśnie wtedy najlepiej było widać, jak potężny kapitał nostalgii zgromadził przez ćwierć wieku projekt Albarna. Tyle że Gorillaz nie zamienili koncertu w muzeum własnych przebojów. Obok klasyków pojawiały się nowe utwory, między innymi „The Shadowy Light” i „Orange County”, a cały set próbował utrzymać równowagę między tym, czego publiczność domagała się od lat, a tym, czym zespół jest w 2026 roku.

To właśnie dlatego Gorillaz wygrali pierwszy dzień. Nie największą liczbą hitów ani najbardziej perfekcyjnym wokalem. Wygrali skalą świata, który potrafią zbudować na scenie. Ich muzyka nadal brzmi tak, jakby hip-hop, dub, elektronika, pop, rock i muzyka z różnych stron świata nigdy nie dostały informacji, że powinny istnieć osobno.

Bittersweet Festival 2026 photo (c) Daria Klimczuk i Ewa Płonka

Po koncercie pojawiła się jednak mniej przyjemna puenta. Ogromny tłum ruszył do wyjścia, a schody prowadzące z terenu festiwalu zostały zakorkowane. I być może właśnie ten obraz najlepiej podsumowuje pierwszy dzień drugiej edycji BitterSweet: festiwal urósł. Muzycznie – zdecydowanie. Frekwencyjnie – być może nawet szybciej, niż pozwala na to jego obecna przestrzeń.

Najciekawsze było jednak coś innego. W ciągu jednego wieczoru można było przejść od Jessie J do eksperymentującego Charlie Jeera, od big-bandu z Pauliną Przybysz do Lorde, od współczesnego polskiego jazzu hoshii do dętego techno MEUTE, a na koniec znaleźć się pośrodku gigantycznego tłumu śpiewającego Gorillaz.

I nagle nazwa BitterSweet zaczęła mieć całkiem muzyczny sens.