Są koncerty, które próbują olśnić rozmachem, i takie, które działają dokładnie odwrotnie – odbierają zbędne warstwy, zostawiając na pierwszym planie głos, melodię i emocje. Właśnie do tej drugiej kategorii należał warszawski występ Jalena Ngondy. 11 sierpnia w Palladium artysta pokazał, że muzyka silnie zakorzeniona w klasycznym soulu wcale nie musi brzmieć jak stylizowana pocztówka z przeszłości.
Ngonda przyjechał do Warszawy w ramach trasy promującej drugi album, „Doctrine of Love”. To ważny moment w jego karierze. Po bardzo dobrze przyjętym debiucie nie musi już udowadniać, że potrafi przekonująco poruszać się w estetyce lat 60. Teraz ciekawsze jest to, czy z dobrze rozpoznawalnych inspiracji potrafi zbudować język własny.
Pierwsze skojarzenia są oczywiste: Motown, Marvin Gaye, Curtis Mayfield, miękki puls klasycznego rhythm and bluesa, harmonie kojarzące się ze złotą epoką soulu. Tyle że podczas koncertu nazwiska przestają być potrzebne. Ngonda nie sprawia wrażenia artysty próbującego odegrać cudzą historię. Bardziej interesuje go to, co można z tej tradycji wydobyć dzisiaj.
Kluczowy jest oczywiście głos. Charakterystyczny falset, lekkość wysokich rejestrów i umiejętność przechodzenia od delikatności do mocniejszego, emocjonalnego tonu sprawiają, że wokal natychmiast przyciąga uwagę. Nie jest jednak popisem samym w sobie. Ngonda nie śpiewa po to, by demonstrować możliwości. Jego głos pozostaje podporządkowany piosence.

To zresztą jedna z największych zalet całego koncertowego języka artysty. Tu prawie wszystko służy melodii. Sekcja rytmiczna utrzymuje puls, bas prowadzi utwory do przodu, gitara pojawia się tam, gdzie naprawdę jest potrzebna, a aranżacje nie próbują konkurować z wokalem. Zespół nie buduje monumentalnej ściany dźwięku. Raczej zostawia przestrzeń.
Palladium dobrze pasuje do takiego grania. To miejsce wystarczająco duże, by koncert miał odpowiednią skalę, ale jednocześnie na tyle zwarte, by zachować poczucie bezpośredniego kontaktu ze sceną. W przypadku soulu ma to znaczenie szczególne. Ta muzyka żyje przecież nie tylko z refrenów, ale również z drobnych przesunięć rytmu, krótkich pauz, odpowiedzi instrumentów i sposobu, w jaki wokalista prowadzi pojedynczą frazę.
Materiał z „Doctrine of Love” pokazuje, że Ngonda nie zamierza gwałtownie odcinać się od brzmienia debiutu. Przeciwnie – rozwija własną wersję klasycznego soulu, coraz pewniej traktując ją jako naturalny sposób wypowiedzi, a nie estetyczny eksperyment. Nowe piosenki dobrze wpisują się w jego koncertową formułę, bo są zwarte, melodyjne i zbudowane tak, by na scenie mogły nabrać dodatkowej dynamiki.
W tym miejscu pojawia się najciekawszy paradoks związany z jego twórczością. Wszystko brzmi znajomo, a jednak nie ma się poczucia obcowania z rekonstrukcją.

Współczesny retro-soul bardzo łatwo może wpaść w pułapkę perfekcyjnej stylizacji. Wystarczy odpowiednia produkcja, stare brzmienia klawiszy, charakterystyczne pogłosy, analogowa estetyka i kilka gestów zaczerpniętych z dawnych nagrań. Problem zaczyna się wtedy, gdy cała ta dbałość o szczegół staje się ważniejsza niż sama piosenka.
Najpierw pojawia się emocja, później styl. Inspiracje są czytelne, ale nie domagają się ciągłego rozpoznawania. Można nie wiedzieć, do którego konkretnego nagrania sprzed sześćdziesięciu lat nawiązuje określony sposób prowadzenia basu czy harmonii. Nie ma to większego znaczenia, jeśli utwór działa tu i teraz.
Miłość, rozczarowanie, tęsknota, pragnienie bliskości – Ngonda nie szuka tematów szczególnie skomplikowanych. W soulu zresztą nigdy nie chodziło o złożoność samej historii. Liczył się sposób jej opowiedzenia. Jedna fraza mogła znaczyć więcej niż cały rozbudowany tekst, jeśli została odpowiednio zaśpiewana.
Ngonda jest dzisiaj w interesującym miejscu swojej kariery. Nie jest już odkryciem, które można przedstawiać publiczności wyłącznie przez listę imponujących inspiracji. Ma dwa albumy, własną rozpoznawalną estetykę i coraz mocniejszą pozycję koncertową. To moment, w którym podobieństwa do wielkich poprzedników powinny stopniowo tracić znaczenie.
Bo kiedy muzyka rusza, pytanie o to, czy bardziej słychać w niej Marvina Gaye’a, Curtisa Mayfielda czy jeszcze kogoś innego, szybko schodzi na dalszy plan. Znacznie ważniejsze staje się to, że Ngonda ma własny sposób prowadzenia melodii, charakterystyczny głos i wyczucie dynamiki, którego nie da się sprowadzić wyłącznie do kolekcji inspiracji.

Nie potrzebuje też nadmiaru scenicznych środków. W świecie koncertów często projektowanych jak multimedialne widowiska jest coś bardzo odświeżającego w występie opartym przede wszystkim na muzykach grających razem na scenie. Bez rozbudowanej narracji. Bez konieczności przykrywania piosenek efektami. Bez przekonywania publiczności, że właśnie uczestniczy w czymś niezwykle ważnym. I być może właśnie dlatego Jalen Ngonda wypada na żywo tak przekonująco. Nie próbuje udowodnić, że soul można jeszcze uratować, wskrzesić albo unowocześnić. Zachowuje się tak, jakby wszystkie te pytania były źle postawione.
Zmieniły się dekady, mody i sposoby produkcji, ale dobrze napisana melodia, pulsujący rytm i głos zdolny nadać znaczenie najprostszej frazie nadal działają dokładnie tak samo. Po warszawskim koncercie trudno było myśleć o Ngondzie wyłącznie jako o artyście zapatrzonym w przeszłość. Znacznie trafniej byłoby powiedzieć, że znalazł w niej język, którym potrafi mówić we własnym imieniu. I właśnie dlatego jego soul brzmi dziś bardziej jak teraźniejszość niż wspomnienie.


