RAYE nie zagrała w Montreux koncertu. Zagrała wydarzenie. Na otwarcie 60. edycji Montreux Jazz Festival brytyjska artystka przygotowała spektakl, który od początku miał być czymś więcej niż kolejnym festiwalowym występem. Organizatorzy zapowiadali „jedyny taki wieczór”, a sama scena Auditorium Stravinski została przebudowana specjalnie z myślą o tym koncercie. Już po pierwszych minutach było jasne, że nie są to marketingowe slogany.
RAYE weszła na scenę z pewnością artystki, która doskonale rozumie historię miejsca, w którym występuje. Zamiast uderzyć od razu największymi przebojami, rozpoczęła od subtelnego ukłonu w stronę tradycji Montreux. Wybrzmiewające na otwarcie „Who Knows Where the Time Goes?” było nie tylko pięknym wstępem do wieczoru, ale także hołdem dla Niny Simone, której legendarny koncert w Montreux odbył się dokładnie pięćdziesiąt lat wcześniej. W ten sposób RAYE od razu zarysowała motyw przewodni całego występu – muzyczną podróż przez historię festiwalu i artystów, którzy ukształtowali jej własną wrażliwość.

Przez cały koncert z niezwykłą swobodą splatała własne kompozycje z ukłonami w stronę legend. Publiczność usłyszała fragment „Get Up, I Feel Like Being A Sex Machine” Jamesa Browna, poruszającą interpretację „Georgia on My Mind”, rozsławioną przez Raya Charlesa, jazzowe „Summertime” Elli Fitzgerald oraz pełne soulowej elegancji „Let’s Stay Together” Ala Greena. Nie zabrakło również subtelnych muzycznych cytatów – „Skin & Bones” zakończyła motywem z „Rock Steady” Arethy Franklin, a „Nightingale Lane” płynnie przeszło w finał „Purple Rain” Prince’a. Dzięki temu koncert nie był jedynie prezentacją autorskiego repertuaru ani zbiorem efektownych coverów. Stał się przemyślaną opowieścią o muzyce, która ukształtowała RAYE, i o historii Montreux Jazz Festival, którego sama staje się dziś ważną częścią.
Dopiero po tej podróży przez jazz, soul i R&B przyszedł czas na największe autorskie utwory, rozbudowane aranżacje i charakterystyczne dla RAYE płynne przechodzenie między gatunkami. Jazz nie był tu dodatkiem do popowego widowiska – stanowił jego fundament, nadając całemu koncertowi wyjątkową głębię i spójność.
Największym magnesem wieczoru byli oczywiście goście specjalni, ale paradoksalnie to oni najlepiej pokazali, kto pozostaje gospodarzem wydarzenia. Wejście Marka Ronsona podczas „Uptown Funk”, a następnie wspólne wykonanie „Suzanne”, wywołały eksplozję energii na sali. Jeszcze większe emocje przyniosło jednak pojawienie się Alicii Keys. Ich wspólne wykonania „If I Ain’t Got You” oraz „Oscar Winning Tears” nie sprawiały wrażenia zaplanowanych pod internetowe nagłówki. Było w nich więcej wzajemnego słuchania niż popisów, więcej dialogu niż rywalizacji. Nic dziwnego, że właśnie te fragmenty koncertu natychmiast obiegły media społecznościowe.

Reakcje publiczności i fanów były niemal jednogłośne. W mediach społecznościowych dominowały komentarze o tym, że RAYE po raz kolejny udowodniła, iż na żywo jest jeszcze lepsza niż na płytach. Wielu uczestników zwracało uwagę na niezwykłą akustykę sali, rozbudowane aranżacje oraz fakt, że nawet największe niespodzianki nie odciągały uwagi od głównej bohaterki wieczoru. Pojawiały się też opinie, że był to jeden z najmocniejszych koncertów otwarcia Montreux od wielu lat.
W czasach, gdy wiele festiwalowych koncertów projektuje się pod kilkunastosekundowe klipy na TikToku, RAYE zbudowała występ oparty na dynamice całego wieczoru. Cisza miała równie duże znaczenie jak eksplozje energii. Improwizacja współistniała z precyzją, a jazzowa swoboda nie odbierała piosenkom ich popowej komunikatywności. Właśnie dlatego obecność wielkich gości nie przyćmiła koncertu – stała się jego naturalnym przedłużeniem.
Po trzech kolejnych występach w Montreux trudno już mówić o jednorazowym romansie artystki z tym festiwalem. RAYE zdaje się budować z tym miejscem własną historię, podobnie jak robili to wcześniej artyści, którzy wracali nad Jezioro Genewskie nie dlatego, że wypadało, lecz dlatego, że mogli pozwolić sobie na muzyczne ryzyko. Tegoroczny koncert pokazał, że jest dziś jedną z niewielu gwiazd współczesnego popu, które potrafią połączyć widowiskowość z prawdziwym muzycznym rzemiosłem. W Montreux nie musiała nikomu udowadniać, że świetnie śpiewa. Udowodniła coś trudniejszego – że potrafi zamienić festiwalowy koncert w wydarzenie, o którym będzie się mówiło jeszcze długo po wybrzmieniu ostatniego akordu.


