22 stycznia Łódź stała się pierwszym przystankiem nowej trasy RAYE – This Tour May Contain New Music. Atlas Arena wypełniła się fanami długo przed rozpoczęciem koncertu, a atmosferę oczekiwania czuło się jeszcze na korytarzach. Było jasne, że inauguracja trasy w Polsce nie jest przypadkiem: to była arena przygotowana do spektaklu, nie tylko zwykłego koncertu.


Wieczór rozpoczęły siostry RAYE: Amma oraz Absolutely. Obie artystki zaprezentowały krótkie, ale dynamiczne sety — wyraźnie różne stylistycznie, a jednak spójne w emocjonalnym tonie. Amma postawiła na bardziej intymne, wokalne brzmienia, natomiast Absolutely wnosiła energię i popowy polot. Publiczność reagowała z coraz większym entuzjazmem, a sposób, w jaki siostry prowadziły scenę, sugerował, że nie przypadkiem znalazły się na tej trasie — to było rodzinne przedsięwzięcie, w którym każda odgrywała swoją rolę.
Tuż po 20:30 światła zgasły i w powietrzu zrobiło się niemal teatralnie. RAYE weszła na scenę powoli, przy dźwiękach nastrojowego intro, które zbudowało dramaturgię otwarcia. Dopiero po chwili rozwinęło się pierwsze premierowe wykonanie – pełne dramaturgii, humoru i charakterystycznej dla RAYE gry głosem. Niedługo potem artystka przeszła do bardziej znanych utworów, ale ton całego wieczoru pozostał świeży: to był koncert z myślą o przyszłości i nowym materiale.
Start trasy w Łodzi był czymś więcej niż rozgrzewką przed kolejnymi miastami. To był manifest – artystyczny, emocjonalny i osobisty. RAYE pokazała, że potrafi połączyć spektakl z intymnością, energię z refleksją i hity z premierowym materiałem, który dopiero za chwilę podbije playlisty.


W połowie koncertu scena niespodziewanie zmieniła charakter – na jej środku pojawiły się drzwi z szyldem „Raye’s Jazz Club”, a światło przygasło jak w ciasnym lokalu gdzieś w połowie XX wieku. Zespół ustawił się w półokręgu, muzycy przybrali role kelnerów i konferansjerów, a RAYE, ubrana w lśniącą czerwoną suknię, przyjęła styl teatralnej gospodyni wieczoru. Tym sposobem rozpoczął się swingowy mini-set, którego kulminacją było klasyczne „Fly Me To The Moon”. Standard zabrzmiał z szacunkiem do oryginału, ale też z lekką ironią i sceniczną pewnością siebie – jakby artystka chciała na chwilę zaprosić publiczność do własnego świata jazzu, gdzie liczy się fraza, gest i kontakt z widownią. Ten fragment był intymny i elegancki, a jednocześnie zabawny – jak oddech przed dalszą częścią opowieści, dowód na to, że RAYE nie mieści się w jednej etykietce gatunkowej.
Po teatralnym przystanku koncert ponownie przyspieszył. Choć w setliście nie zabrakło hitów, takich jak „Escapism.”, „Prada” czy „Black Mascara”, to premierowy repertuar wyznaczał rytm wieczoru. RAYE nie próbowała ukrywać, że zależy jej na czymś więcej niż przypomnieniu dotychczasowych sukcesów – to był pokaz artystki, która wchodzi w nową erę. Narracyjne utwory, teatralne akcenty, o których często wspominała, aranżacyjne zwroty i fragmenty niemal kabaretowe, zbudowały obraz dojrzałej performerki, która lubi bawić się formą i nie boi się eksponować swoich emocji.


W jednej z kolejnych odsłon koncertu scena ponownie przeszła metamorfozę — tym razem w stronę rozbudowanego brzmienia orkiestrowego. Dwóch muzyków wyszło na przód sceny z różnymi tabliczkami, na jednej z nich znalazł się napis „TO JEST TOM!”, co wywołało na widowni salwy śmiechu, zanim na scenie pojawił się sam dyrygent. Tom, w eleganckim fraku i z batutą w dłoni, przejął prowadzenie nad zespołem, wprowadzając precyzyjny, bardziej filmowy sposób frazowania. Wraz z nim muzyka nabrała monumentalności: sekcje instrumentów współbrzmiały z wokalem, a teatralna narracja koncertu została wzbogacona o piękne orkiestrowe aranże. Ten segment był przykładem, jak płynnie RAYE łączy pop, jazz, soul i elementy muzyki filmowej w jeden spójny performans, w którym gest dyrygenta ma równie duże znaczenie, co jej wokalne puenty.
Jednym z najmocniejszych elementów wieczoru była relacja RAYE z publicznością. Wokalistka wielokrotnie wchodziła w dialog z widownią – żartowała, opowiadała o pracy nad nową płytą, a w kilku momentach pozwoliła sobie na wzruszenie. Widać było, że start trasy w Łodzi był dla niej istotny. W odpowiedzi publiczność dawała wszystko: śpiew, okrzyki, tańce i pełne emocji reakcje w najspokojniejszych momentach.

Po spokojnym środku koncertu tempo znów wzrosło. Kolejne energetyczne numery poderwały arenę, a sam finał miał w sobie wszystko, za co fani kochają RAYE – mocny groove, teatralność, ironię, jazzową duszę i taneczny, niemal klubowy puls. Zamknięcie koncertu wydawało się jednocześnie symboliczne: trasa dopiero się zaczyna, a artystka już pokazała, że nie zamierza odcinać kuponów od dotychczasowych hitów, tylko iść o krok dalej.
Nawet najlepszy wokal nie obroniłby takiego koncertu bez znakomitego zespołu – a ten, który towarzyszy RAYE, jest na światowym poziomie. Każdy z muzyków miał swoje momenty: od precyzyjnych sekcji swingowych, przez instrumentalne solówki, po wspomniane aranżacje orkiestrowe. Ich obecność była czymś więcej niż tylko akompaniamentem – byli współaktorami spektaklu, współautorami dramaturgii wieczoru. To dzięki nim koncert mógł płynnie przechodzić od popu do jazzu, od kabaretu do filmu, od ballady do klubowego pulsu.


