Po latach ciszy na większym wydawniczym froncie Al Green przypomina o sobie materiałem, który z jednej strony jest powrotem do korzeni, a z drugiej – subtelnym otwarciem w stronę nowego pokolenia słuchaczy. Czteroutworowe EP „To Love Somebody” to kameralny projekt, w którym legenda soulu bierze na warsztat dobrze znane utwory i nadaje im własny, charakterystyczny puls.

Tytułowe „To Love Somebody” – pierwotnie ballada Bee Gees – w wersji Greena nabiera bardziej intymnego wymiaru. Nie jest to próba odtworzenia oryginału, raczej jego reinterpretacja: cieplejsza, bardziej rozkołysana, z typowo zieloną frazą wokalną, która sprawia, że utwór brzmi jak napisany specjalnie dla niego.

W podobnym tonie Green mierzy się z „Everybody Hurts” R.E.M. oraz „I Found a Reason” The Velvet Underground. Zamiast unowocześniać materiał na siłę, stawia na klimat – przestrzeń, ciszę i emocję. Słychać doświadczenie, które rzadko pojawia się w młodszych głosach: pewność, ale bez emfazy.

Najbardziej zaskakującym momentem EP jest „Perfect Day” w duecie z RAYE. To nie jest klasyczny duet „starego mistrza z młodą gwiazdą” – jest między nimi realna chemia brzmieniowa. RAYE wnosi lekkość i świeżość, ale nie próbuje przykryć Greena, raczej oplata jego frazy współczesną wrażliwością. Ich głosy spotykają się w pół drogi: z jednej strony soul, z drugiej nowoczesny pop z delikatnym jazzowym akcentem.

Utwór działa też symbolicznie – pokazuje, że Green nie zamyka się w muzeum własnych osiągnięć. Zamiast nostalgii mamy tu dialog międzypokoleniowy, w którym legenda i aktualna ikonoklastka sceny popowej mogą być partnerami.


„To Love Somebody” nie próbuje być przełomowe ani rewolucyjne – i właśnie dlatego działa. Green daje sobie prawo do prostoty, do opowiadania historii bez upiększaczy i bez komplikowania formy. To projekt, który brzmi jak list miłosny do muzyki, która go ukształtowała, i do muzyki, która dziś żyje własnym życiem.