Choć album „Tyrmand to Jazz” ukazał się w 2021 roku, wciąż pozostaje jednym z najciekawszych przykładów dialogu między jazzem a hip-hopem w polskiej muzyce. Po kilku latach od premiery warto do niego wrócić — nie tylko z sentymentu, ale po to, by przypomnieć sobie, jak dobrze może brzmieć projekt, który łączy literacką głębię, jazzową swobodę i rapową świadomość słowa.

Album „Tyrmand to Jazz” to wyjątkowe spotkanie dwóch światów — poetyckiego rapu i akustycznego jazzu — splecionych w hołd dla Leopolda Tyrmanda, ikony polskiej kultury, buntownika i kronikarza miejskiego życia. Eskaubei i Tomek Nowak Quartet nie próbują jedynie zagrać jazzowych fraz do literackich cytatów; tworzą raczej dźwiękowy esej o wolności, stylu i niezgodzie na banał.

Płyta, wydana w 2021 roku przez JuNouMi Records, to konceptualna podróż po duchu powojennej Warszawy — pełnej dymu, niepokoju, elegancji i improwizacji. Każdy utwór jest jak krótki rozdział książki: ma własny rytm, własną emocję, a razem układają się w opowieść o człowieku, który kochał jazz, kobiety i miasto.


Brzmienie kwartetu Tomka Nowaka to czysta przyjemność słuchania. Trąbka prowadzi narrację z wyważonym oddechem, sekcja rytmiczna pulsuje z jazzowym luzem, a całość jest osadzona w ciepłej, analogowej estetyce. Muzycy nie popisują się techniką — raczej malują przestrzeń, w której głos Eskaubeia brzmi naturalnie, jakby rap i jazz od zawsze mówiły wspólnym językiem.

Eskaubei nie recytuje Tyrmanda wprost. On dialoguje z jego duchem — komentuje współczesność przez pryzmat stylu, wartości i ironii, które Tyrmand cenił. Teksty są dojrzałe, refleksyjne, chwilami osobiste, ale nigdy mentorsko nadęte. To raper, który nie potrzebuje krzyczeć, żeby zostać wysłuchanym.

Wśród gości pojawiają się m.in. Eldo, Proceente, Jarecki, Aleksandra Tocka czy Mr Krime. Ich obecność nie rozbija spójności albumu, lecz wzbogaca go o różne barwy i perspektywy — od klasycznego hiphopowego flow po soulowe i wokalne subtelności. Dzięki temu każdy utwór ma własny mikroświat, ale całość pozostaje spójna jak dobrze zaprojektowana jazzowa suita.

„Tyrmand to Jazz” to płyta elegancka, dojrzała i pełna charakteru. Nie jest to materiał do klubowego pogo, lecz raczej do słuchania w półmroku — z winylem na talerzu i myślą, że jazz i rap w Polsce mogą spotkać się nie z potrzeby eksperymentu, ale z czystej potrzeby opowiadania historii.

To nie tylko album muzyczny — to hołd dla wolnego ducha, dla stylu, dla inteligentnej niezgody. W czasach, gdy kultura często gubi sens w pośpiechu, „Tyrmand to Jazz” przypomina, że elegancja i bunt mogą iść ramię w ramię.

Ocena płyty: