Na ostatnich koncertach Al Di Meoli można być pewnym dwóch rzeczy. Że będzie ładnie brzmienie, że będzie pokaz wirtuozerii, i że będą covery Beatlesów i Piazzoli. Nie inaczej było tym razem, choć Al wystąpił w trochę niecodziennym składzie, w trio z dwoma muzykami grającymi na instrumentach rytmicznych. Towarzyszyli mu: Amit Kavthekar (tabla) i Richie Morales (perkusja).

Grano utwory z nadchodzącej płyty gitarzysty (premiera pod koniec tego roku) z materiałem, który powstawał w czasie izolacji spowodowanej pandemią, który jak powiedział Di Meola sprzyjał przemyśleniom i tworzeniu. Nie zabrakło klasyków, w tym nieśmiertelnych „Mediterranean Sundance”, „Senor Mouse”, czy „Norwegian Wood” a także licznych wspomnień i historii o przyjaciołach m.in. o Chicku Corei, Paco de Lucii czy Johnie McLaughlinie.

Każdy utwór zagrany na koncercie był swojego rodzaju eksploracją. Próbą jak daleko można się zapuścić, uciekając od głównego motywu czy melodii. To był świat bez ślepych uliczek, w którym każda sekwencja dźwięków może stać się motywem, i w którym każdy utwór był swego rodzaju mikrokosmosem prezentującym niezwykle szeroki wachlarz środków, brzmień i wątków.

Często ulegało się wrażeniu, że dźwięki płynęły swobodnie w bliżej nieokreślonym kierunku. Ale potem zawsze jakoś zdołały bezpiecznie wrócić do pierwotnego tematu.

To już dawno nie ten Al, który ścigał się ze światem na elektryku i który nagrywał szalone płyty z „Return to Forever”. Teraz to mistrz, który już dawno niczego nie musi udowadniać i który po prostu dzieli się tym, co ma – doświadczeniem i miłością do muzyki.