Każdy kto bierze się za cudzy repertuar musi mieć zarówno odwagę jak i pomysł, aby zrobić to porządnie, twórczo i z poszanowaniem pierwowzorów. Somi wpadła na pomysł, aby zabrać się za utwory Miriam Makeby dawano temu. Pierwotnie planowała tylko musical, który doszedł do skutku w 2021 roku i zgarnął same laury, ale powstała też płyta. „Zenzile: The Reimagination of Miriam Makeba” jest nie tylko hołdem dla pierwszej w historii Afrykanki, która zdobyła nagrodę Grammy, ale także podróżą poprzez czarny kontynent. Wielu tu gości, sporo gwiazdorskiej obsady, ale najważniejsze, że jest to album artystyczny, a nie sztuka powielanego Best Of w nowej odsłonie. Dla mnie to jeden z najważniejszych albumów 2022 roku.


Od razu przejdę do najcudowniejszej puenty tego albumu, czyli utworu „Pata Pata”. Jest to największy i najbardziej rozpoznawalny hit Makeby, który w wydaniu Somi stał się… najbardziej tajemniczą, minimalistyczną i bardzo alternatywną pozycją na tym albumie. Nie zdecydowano się nagrać go w tanecznej wersji jak w oryginale za co ogromne, szalone i długie brawa! Głównym celem nie jest zatem komercyjny sukces czy własna promocja na czyichś barkach. Wybrano 17 piosenek, tych bardziej i mniej znanych, które zreinterpretowano z zachowaniem afro/world/etno/jazzu, który jakże znacząco odbijał się w dyskografii Mama Africa. Pomogło w tym grono znakomitych artystów, muzyków, wśród których to znaleźli się m.in. Jeremy Pelt (trąbka), Lakecia Benjamin (saksofon altowy), a także fenomenalne wokale: Angelique Kidgo („Jike’lemaweni”), Gregory Porter („Love tastes like strowberries”), Msaki („Khuluma”). Jest także kolaboracja z jednym z najważniejszych afrykańskich zespołów wokalnych, Ladysmith Black Mambazo w utworze „Nonqongo”. Całość wypełniona jest afrykańskim groovem nasiąkniętym bębnami, afrykańskimi harmoniami wokalnymi jak i doskonałym głosem Somi


Od kilku już albumów kontynuuje ona swoją wędrówkę zakorzenionej w afro przynależności. Kultywuje tradycję afrykańskiej muzyki swoim łagodnym, sopranowym wokalem w sposób indywidualny i charakterystyczny. Nie boi się trudnych fraz, szerokich skal jak i dobitnych interpretacji za co niezwykle ją sobie cenię. Jest jedną z niewielu Europejek, które konsekwentnie podążają za wewnętrznym głosem. Co więcej, nie stara się ona być jak Makeba i nie powiela jej charyzmatycznych wykonań. Wraz z Gregorym Porterem stworzyła przepiękny jazzowy klimat, utrzymany następnie w „Ring Bell, Ring Bell”, „Olili” oraz kolejnym wielkim przeboju Miriam Makeby, „Malaika”. Dużo więcej jest tutaj energetycznych songów, których to wzmacniaczami są owi znakomici goście z Kidjo na czele. Duet w „Jike’lemaweni” to kulminacja zarówno muzyczna, wokalna jak i osobowościowa. Ten album sprawia, że słuchacz nie ma szans się nudzić, ale jednocześnie dzieje się tyle, że czasami może się lekko zmęczyć. Nic w tym złego ani groźnego, gdyż sztuka powinna być czasami wymagająca w skupieniu. 

Artystka podkreśla, że album ten nie powstał aby przypominać jedynie muzykę Makeby, ale aby oddać hołd wszystkim jej dokonaniom. Była ona przecież aktywistką na rzecz równości, tolerancji i szacunku dla afrykańskiej społeczności. Za to też została razem z mężem (Stokely Carmichael – także czynny aktywista) wydalona ze Stanów Zjednoczonych osiadając w Gwinei, gdzie kontynuowali swoją pracę na rzecz Afroamerykanów. Makeba nagrała prawie 30 płyt, z czego 5 to zapisy live. Muzyka była dla niej największą miłością. Odeszła na scenie w 2008 roku podczas koncertu we Włoszech. Zenzile Miriam Makeba żyje nadal dzięki miłości tych, którzy noszą ją z uznaniem w swoim sercu. Hołd dla Makeby, ukłony dla Somi.

Ocena płyty: