Jazz zza naszej ukraińskiej granicy ma się na tyle dobrze, że tamtejsze formacje coraz częściej są zapraszane na wszelakie festiwale. Pokaz Trio wystąpili u nas latem zeszłego roku promując debiutancki album „Kintsugi” (2019) wydany składem norweskiej wytwórni Losen Records. Trio łączy w swoim repertuarze melancholijny, gęsty jazz z charakterystycznym słowiańskim folklorem. Jest on jednakże tylko elementem w całej palecie emocji jakie niesie ze sobą ten album. Pianista Andrew Pokaz, basista Vitaly Fesenko oraz Yalow Taruntsov za perkusją założyli Pokaz Trio w 2016 roku w Odessie, a koncertowo przejechali już pół Europy. 


Na płytę składa się 7 utworów, w tym tytułowe „Kintsugi” mające dwie wersje. Jedna jest szeroka w aranżacji, druga to minimalistyczny monodram spełniający rolę bardziej bonusową, do której jeszcze powrócę. Przyjmijmy na razie, że na albumie znajduje się 6 spójnych w zamyśle kompozycji. „Slavonic dance” rozpoczynające album wypełnione jest etnicznym duchem, gdzie kontrabas skupia największa uwagę. Gęsty, brudny i czasami demoniczny. Idealnie pasuje tu powiedzenie „piekielnie dobry”. Warto zwrócić uwagę na szaleńczy fortepian nie mający litości przy ekspresji. Takim początkiem punktują bardzo dobrze! Tytułowe „Kintsugi” to zdecydowany faworyt tego materiału. Nie do końca ma sprecyzowany charakter, a co za tym idzie każdy może odnaleźć tutaj swoją cząstkę. Jest nostalgicznie, melancholijnie, ale i energetycznie oraz charyzmatycznie. Sam łapię się na tym, że dostosowuje się on do mnie jak woda w naczyniu w zależności od tego, czego w danym momencie potrzebuję. Nieczęsto mam takie doznania. 


Elephant” dzięki fenomenalnemu Fesenko na kontrabasie ponownie zyskuje ciężki groove, którego nie powstydziłaby się dobra produkcja R&B. Melodyjny i zdecydowany klawisz wtóruje mu wyważeniem dźwięków, a ostry drum podbija całość gęstymi blachami. Właśnie perkusja sprawia, że ten album jest zadziorny. Myślę, że Panowie na co dzień nie omijają rockowych, ciężkich klimatów w swoich preferencjach jako odbiorcy. „Easy” oswaja i łagodzi ten stan bogactwem klawisza, w którym klasyczna harmonia to solidna baza. Zaraz za nim „Spark” powraca do kolejnej porcji gęstego basu i energicznej perkusji, co nawet przez chwilę nie daje się zmęczyć. Etno i folk przepływa strumieniami pomiędzy nimi za co nieustannie odpowiedzialny jest Andrew przy fortepianie. Dawno już jazzowe trio nie wzbudziło we mnie takiej ekscytacji podczas odsłuchu. W riderze koncertowym wyczytać można, że trio korzysta czasem z elektronicznych sampli, co słychać z kolei w utworze „Sphere” zamykającym bogate aranżacje tego wydawnictwa. Jest to też najbardziej mantryczna i niepokorna kompozycja w tym zestawieniu. Równie intrygująca co reszta. 

Powróćmy teraz do „bonusowego”, tytułowego utworu. Pokaz prezentuje go w wersji solo na fortepian. Pomimo powtarzalnej frazy znanej z bogatej wersji brzmi ono zupełnie inaczej. Niekoniecznie bardziej lirycznie, bo znowu duża w nim doza folkloru, ale ta surowość ma jakby inny smak. Nie wiem jak i dlaczego, ale dla mnie ta wersja jest naszpikowana energią. Gdy jadę samochodem to włączam ją na dużo większej głośności i mam wrażenie jakby jazz, folk i klasyka scalały się na zmianę odklejając od siebie. Naprawdę dawno nie czułem takiej ekscytacji podczas słuchania formacji złożonej z trio. „Kintsugi” to album ambitny, wrażliwy, autentyczny. Doskonały!