Każdy z artystów marzy o chwili, kiedy to świat otworzy przed nim drzwi i wpuści z ukłonem. Oczywiście, że każdy o tym marzy w końcu artysta to człowiek, który tworzy, a nie odtwarza. To zasadnicza równica pomiędzy wykonawcą. Są natomiast tacy, którzy już na początku artystycznej drogi zaskarbiają sobie zarówno serce jak i umysł świata. Yumi Ito jest jedną z nich. Gdy natrafiwszy na jej poprzedni album „Stardust Crystals” zacząłem szukać informacji na temat tej japońsko-polskiej wokalistki pochodzącej ze Szwajcarii to oniemiałem. Wykształcona muzycznie od stóp po uszy, doceniana za zjawiskowe projekty, które pną się w stos od teatru, performance po najważniejsze: muzykę. Stworzyła swoją własną małą orkiestrę, współpracowała i występowała z wielkimi muzykami, a nagród i tytułów ma cały ogrom! A to dopiero początek jej drogi. Dobrze wie z kim i jak chce tworzyć. Z gitarzystą Szymonem Miką (wcale nie mniej uzdolnionym i renomowanym muzykiem młodego pokolenia) „bawi się” dźwiękami od 4 lat. Zebrali właśnie siedem autorskich kompozycji i umieścili je na albumie „Ekual”. Połączenie Madelaine Peyroux, Tori Amos, Björk i Rachelle Ferrell. Dawno nie czułem takiej ekscytacji.


Zacznijmy od tego, że nie jest to płyta z kilkoma ładnymi piosenkami. Każdy utwór jest osobliwą, wręcz gargantuiczną planetą, na której można odkrywać, przemierzać i pozostać na długo. Czasami aż nie można uwierzyć, że to tylko gitara i wokal. Niby nic skomplikowanego, a jednak znajduje się tu ocean kreatywności pełen przejrzystej, czystej techniki. Szczerze przyznam, że gdy przesłuchałem „Ekual” pierwszy raz, to musiałem zrobić chwilę przerwy. Czuć, że ta przygoda wymaga odpowiedniej wewnętrznej scenerii. Nie da się go słuchać nie skupiając na nim całej swojej uwagi. Wszystkie flażolety, które Szymon przeciska pośród intensywnych aranżacji i zabawy z drewnem (gitara ma przecież także perkusyjne walory) zasługuje na stojące owacje. Znam może trzech albo czterech tak znakomitych gitarzystów jak On. Niesamowity talent i miłość do instrumentu. Wokalnie dzieją się jeszcze większe cuda. Klasyka miesza się z jazzem i etnicznym zaśpiewem budując nowatorski klimat całości. Słychać skandynawskie zamiłowanie przestrzenią, ale nie obcy jest także skat, ornamentura i prostota. Wszystko to buduje ogromny potencjał, który Yumi świadomie wykorzystała nagrywając te utwory. Nie ma też przesady, a uważam że bardzo łatwo można było przedobrzyć. 

Podoba mi się jak „Minha flor” zaprasza i rozkręca cały ten pociąg niespodzianek. „My restless mind” należy do Szymona, który pochłonął mnie tu w totalnej części. Posłuchajcie jak się rozpędza i delikatnie zatrzymuje. Dźwięki są tutaj niczym rzeka, raz wartka i dzika, raz spokojna i wrażliwa. Warto także zwróć uwagę na tekst. Pełen poezji, metafor wzbudza jeszcze więcej kolorów. Niebywałe połączenie. Później dzieje się jeszcze więcej. „Delta beta” to symbioza wokalu z instrumentem. Można by powiedzieć, że to nawet więź międzyprzestrzenna. Każdy swoje, a słychać że razem. „Longing” nie słodzi już dźwiękami tylko intryguje tajemniczością i mrokiem. Moim ulubionym jest „Running”. Łączy w sobie wszystko co lubię. Melodyjność, zjawiskowy wokal, nietuzinkową aranżację, przełamanie formy, dobry tekst, genialne wykonanie instrumentalne i ten zaskakujący gwizdek. Na koniec pozostaje „Yumika”, której tytuł zdradza wszystko. Po prostu Ona i On. Pozamiatane.

Albumy kategorii Wokal+Instrument zawsze wzbudzają we mnie skrajne emocje, bo są to najbardziej autentyczne i intymne projekty. Sinne Eeg & Thomas Fonnesbæk oraz Stacey Kent & Art Hirahara nagrali w tym roku genialne albumy, ale to Yumi Ito & Szymon Mika zrobili coś ponad. Stworzyli dzieło nasiąknięte emocjami, wykonane w sposób zjawiskowy, a co najważniejsze zrobili to z lekkością i naturalnością. Słychać jakie bogactwo tkwi w ich głowach i duszach. Bogactwo dźwięków, kompozycji i czułości do muzyki, którą chcą się z nami dzielić. Dwa geniusze, których minimalistyczny projekt jest większy niż niejedna orkiestrowa płyta. Jestem pełen podziwu, zachwytu i nadziei, że wyruszą w trasę koncertową, bo marzę by posłuchać tego materiału live. 

Ocena płyty: