Mamy wrzesień. Do rozdania nagród Grammy, a tym bardziej do ogłoszenia nominacji jeszcze sporo czasu. Ale jeśli ktoś by mnie dziś zapytał kto hipotetycznie powinien się znaleźć wśród nominowanych/wygranych, to bez najmniejszego wysiłku i z wielkim apetytem odpowiem: Jazzmeia Horn and Her Noble Force za album „Dear Love”. Trzeci album w jej dyskografii zasługuje w tym momencie na nominację, a śmiem szacować, że nawet na wygraną w kategorii Jazz Vocal Album. Dlaczego? O żesz jasny piorunie, oby mi starczyło miejsca i czasu na wszystkie argumenty.


Zacznijmy od tego, że jest to album przełomowy w jej karierze. Nagrany z pełnym big bandem i zaaranżowany, wyprodukowany, przemyślany przez Jazzmeię. Sama artystka opowiadała przed premierą, że „Dear Love” jest dla niej niezwykle ważny, skrajnie osobisty i mający poważne zadanie do spełnienia. W roli głównej KOBIETA. Czarna kobieta. Walcząca z dyskryminacją, z uprzedzeniami, ze stereotypami, uprzedmiotowieniem kobiet w społeczeństwie. Pragnąca dosadnie pokazać, że każda singielka, mężatka, matka, wdowa, bizenswomawnka, osamotniona, kochana, porzucona kobieta ma niemierzalną wartość. Horn chce tym albumem dotrzeć do wszystkich tych, którzy kiedykolwiek powiedzieli jakiejś kobiecie „Nie, nie dasz rady tego zrobić”. Jest to moje pierwsze ZA tym, aby wydawnictwo zostało nagrodzone. Merytorycznie jest to album mocny, emocjonalny, pełen poezji, goryczy jak i głośno wybrzmianych postulatów. 

Drugie ZA, to bezkonkurencyjny wokal. Nie chodzi tu tylko o barwę, o technikę, ani koloratury i alikwoty. Jazzmeia śmiga wokalem jak olimpijczyk oszczepem. Ona doskonale wie z jaką siłą i gdzie chce trafić. Rejestr gwizdkowy, melorecytacje, skatowanie, delikatne frazy, przesterowane wibrato… ona ma w sobie tyle wektorów, kolorów, że według mnie godna jest zająć miejsce obok Rachelle Ferrell. Horn nie tylko śpiewa, ona emanuje dźwiękiem i przenika nim wszystko dookoła. To się po prostu czuje. Szalenie doceniam i aprobuję autentyczność tej płyty pod względem realizacyjnym. Nie ma tu „dociągniętych” komputerowo fraz. Gdy zdarzy się jej zboczyć z dźwięku zaledwie o ułamek, to to tak zostaje. Gdy gdzieś zdarzy się jej przesterować, to to zostaje. Czuć te delikatne wyboje, które jeszcze bardziej wpływają na odbiór. Wszak to jest naturalne i charakterystyczne, a nie równe, dopieszczone komputerowo ścieżki by spełnić wymogi cywilizacyjnych możliwości. 

Kompozycje są niesamowicie złożone jak i różnorodne. Począwszy od jakże harmonicznie rozbujanego, niespełna minutowego  „Be perfect”, aż po ponad 11-minutowe „Strive (to be)” pełne zasadzek, zakamarków i zakrętów. Nie ma tu spójności, co akurat w tym przypadku działa na ogromny plus, bo dzięki temu nie ma też przewidywalności. Każdy utwór jest oddzielną historią pełną trudnych aranżacji. Utwory są niepokorne, przerysowane w swojej formie i takie też powinny być. Nie ma sposobu, aby przesłuchać ten album jednym tchem nie wpadając w wir Jazzmeiowej psychologii. Niby wszystko łączą ze sobą instrumenty, metrum, takty, wokal, tekst, pauzy… wszystko niby zespolone, ale żyjące jako odrębny organizm. Niekiedy mam wrażenie, że to jakieś szaleństwo przypadków. Decyzja o konkretnym rozwiązaniu doprowadza jednak do punktu, który dokładnie tego potrzebował. Tak, to jest moje trzecie ZA. 


Czwartym ZA jest cover „Money can’t buy me, loveBeatlesów. Bez trudu rozpoznacie, że to właśnie ten utwór, bo melodia jest zachowana w kluczowym momencie, ale to co dzieje się dookoła niej jest kolejnym szaleństwem. Ona jest geniuszem wokalnym. Nie mam ku temu wątpliwości. Zostawiła szacunek dla pierwowzoru czyniąc z niego jednocześnie autentycznie „swoją” wersję. Poemat wygłoszony w jej środku powinien zostać wydany w formie papierowej i znajdować się w zbiorach każdego szukającego wewnętrznej siły słuchacza. No i ten gwizdek na końcu! No nie ma litości w zaskakiwaniu. Z kolei „Where is Freedom?” kończące tę fenomenalną podróż pozostaje w głowie na długo. Słychać w nim miłość do Arethy. Jest moc!!!

Pierwszym jej albumem „A Social Call” byłem zaintrygowany, drugim „Love and Liberation” zakochany, trzecim jestem totalnie zachwycony. Boję się co będzie dalej. Tak czy inaczej Jazzmeia Horn and Her Noble Force nagrywając album „Dear Love” przekroczyli granicę, którą myślałem, że w dzisiejszym jazzie trudno będzie przekroczyć. Zrobili coś nowego bazując na klasycznie dostępnych produktach. Big band, wokal, teksty oraz to, co liczy się najbardziej. Dusza. Piękna i wrażliwa niczym szkło, ale silna i dosadna, bo to szkło hartowane!

Ocena płyty: