Na taki czas czekało wielu. W końcu mogliśmy spotkać się w większym gronie, i to nie przy stole, a na festiwalu! Tegoroczny Fest Festival był drugą tak masową imprezą od czasu wybuchu pandemii w Polsce. Nic więc dziwnego, że sympatycy muzyki, dosłownie, rzucili się na karnety i bilety. Wielu pewnie narzekało na słaby lineup, że za mało artystów zagranicznych, albo że artyści są, jednak spodziewali się czegoś „lepszego”. Cóż… cieszmy się z tego co mamy, bo wiele krajów może jedynie pomarzyć o koncertach na wielkiej scenie.

Pierwszy dzień Festa przyniósł radość nie tylko fanom przybyłym na teren Parku w Chorzowie, ale samym artystom. Pierwszym koncertem, na którym byliśmy był występ Aurory – skromnej, przecudnej osoby, która wylała na publiczność mnóstwo miłości i radości. Jak sama podkreślała, występ w Polsce był jej pierwszym koncertem od dwóch lat.

Koncert sam w sobie był pełen pięknych skandynawskich dźwięków i wokaliz wykonywanych przez artystkę. Mogliśmy usłyszeć całą paletę utworów, zaczynając od tych wcześniejszych, kończąc na najnowszej płycie.


Drugi koncert, pierwszego dnia festiwalu, który najbardziej nas interesował należał do Baascha. Bartek Schmidt to polski producent, kompozytor i wokalista pochodzący z Warszawy, reprezentujący styl muzyki alternatywnej, głównie w nurtach indie popu i synth popu. Kilkanaście dni temu, podczas Fryderyków odebrał statuetkę za Najlepszy album elektroniczny. Oczywiście ten album, zgromadzona publiczność mogła głównie usłyszeć. Jaka była reakcja? Znakomita. Prócz dźwięków płynących ze sceny, wrażenie robiła scenografia oraz światła, które przemyślane były od A-Z. Klasa!


Pierwszy dzień Fest Festivalu zamykaliśmy wspólnie z Mura Masą. Brytyjski, młody producent zaprezentował set utworów ze swoich dwóch płyt. Połączenie muzyki r&b, soul, elektro i popu wychodzi mu znakomicie. Szkoda jedynie, że nie zabrał ze sobą chociaż jednego wokalisty bądź wokalistki, którzy dodatkowo umili by publiczności koncert. Mimo to, warto było czekać do później godziny!