„Kind of Tango” Wolfganga Haffnera to trzeci album z serii „Kind of…” tego perkusisty. Jest to jednocześnie jego najlepsza pozycja pośród wcześniejszych „Kind of Spain” (2017) oraz „Kind of cool” (2015). Wabikiem są znakomici międzynarodowi goście, w tym jeden z moich ulubionych artystów instrumentalnych, Vincent Peirani! Podpięty pod wytwórnię ACT Haffner od ponad 20 lat stoi na czele ich najwybitniejszych wykonawców. Czy Niemiec potrafił odtworzyć pełnię emocji gorącego tango? Obawiam się, że do końca, ale własne interpretacje i tak mają tu wysokie noty. 


Haffner nagrał perkusję do ponad 400 płyt, współpracował z tyloma, że nie sposób wszystkich wymienić (Chaka Khan, Al Jarreau, Pat Metheny, The Brecker Brothers, Ivan Lins, Jan Garbarek, Gregory Porter to tylko ułamek kolaboracji jakie uskutecznił), jest dwukrotnym laureatem nagrody ECHO Jazz (2010 i 2018) w kategorii instrumentalista roku, która jest najbardziej prestiżową nagrodą w Niemczech. Wróćmy jednak do albumu „Kind of Tango”, bo ciekawostki biograficzne to łatwo o nim znajdziecie na każdej stronie z jazzem. Album cieszy ucho autorskim materiałem. Aż 3/4 to kompozycje lidera, wspierane czasem talentem gości. Jeśli chodzi o tango, to nie mogło zabraknąć jakże oczywistego „LibertangoAstora Piazzoli, którego zinterpretowano także w „Chiquillin de Bachin” i „Close your eyes and listen”. Wszystko pięknie i wspaniale, ale to autorskie kompozycje urzekają mnie najbardziej. Piazzoliego niełatwo doścignąć w charyzmie, a zagrać go choć w połowie tak dobrze jest i tak mało wykonalne. Tu jest ok, poprawnie, ale czuć przewidywalność rozwiązań. Tak samo w „La CumparsitaGerardo Matos Rodrígueza. Zaaranżowane bardziej leniwe, aby wzmocnić sensualność, jednakże to tak charakterystyczny utwór, że wiadomo co się za chwile wybrzmi. Trzeba oddać, że zachowany jest pełen profesjonalizm, jest uroczo i w punkt.

Mocniej urzekają mnie autorskie numery, ponieważ są bardziej autentyczne. Słychać, że to płyta z „niemieckim” tango. Wszystko jest poukładane i bardziej zachowawcze. Więcej tutaj jazzu niż ognistego temperamentu, ale akurat jak dla mnie to działa na plus. Nie utożsamiałem się zbytnio z tym gatunkiem, bo był dla mnie zbyt dramatyczny i czasami przesadzony. Tak, zdaję sobie sprawę, że właśnie taki ma być i to jest jego esencją. Tym bardziej spodobało mi się to, co oferuje w tej materii Haffner. Jazz jest mi najbliższy, a tu jest go bardzo dużo. Dopełniają i wtórują znakomici goście, a wśród nich Lars Daniellson (odpowiedzialny za linię basu), Christoffer Dell (wibrafon), Simon Oslender (fortepian), Ulf Wakenius (gitara) oraz wychwalany przeze mnie akordeonista Vincent Peirani. Moimi faworytami są pierwsze dwie pozycje z płyty: „Tango Minifique”, „Tres Hermanos”, oraz kończący wszystko „Recuerdos”. Zarówno ze względu na cudowna gitarę Wakeniusa, akordeon Peiraniego jak i gościnny udział wokalistki Almy Naidu. Narzuca się jednak pytanie o rolę lidera, która ucieka w natłoku pięknych dźwięków i wirtuozerii gości. Doceniam kunszt Wolfganga jako twórcy, ale jako muzyk pełni tu funkcję ramy, a za mało błyszczy. Widocznie to mu wystarcza.

Całości słucha się jednym tchem. Wszystko jest spójne, zgodne i nieabsorbujące. Na pewno jest to majstersztyk wykonawczy. Zapewniam, że niejedno solo gitarowe, kontrabasowe, czy subtelne plastry akordeonu wzbudzą w Was zachwyt i uznanie. Jest to jednocześnie album stanu przejściowego, bo nie ma tu miejsca na zjawiskowe refleksy i monumentalne aranżacje. Jest to piękny album ukrytego lidera, który nagrał doskonałą płytę patrząc na jego dyskografię, ale standardowo dobrą jeśli patrząc na konkurencję instrumentalnego jazzu środka. Nie mniej jest to album niesłychanie przyjemny i śliczny w odsłuchu. Taki na słońce i deszcz, a nawet kiedy śnieg, to z pewnością także się sprawdzi. 

Ocena płyty: