To co kojarzy się z jesienią, to najcześciej zaduma, melancholia i nostalgia. Spadające liście, obumierająca natura, zauważalne roztargnienie i rozdrażnienie. Dla mnie jesień to przede wszystkim wysyp nowości muzycznych i premier płytowych. Tak dużo się dzieje, a tak mało czasu na przesłuchanie ich wszystkich. Często boję się, że przeoczę te najcenniejsze, lub niechcący spadną one na dno setlisty. Jak dobrze, że nie stało się tak z najnowszym dziełem Andrew Wasylyka. Jak dobrze, że dotarł do mnie w odpowiednim momencie i praktycznie zdobył mnie od pierwszego utworu. Akustyczne, mantrowe kompozycje z lekką domieszką subtelnej elektroniki w sam raz na moją ulubioną porę roku. 


Kim jest Andrew? Nie będę rozpisywać się nad jego doświadczeniem, bo jest ono zbyt ogromne i trzeba by odrębnego artykułu, aby dopełnić formalności. Wszelakie bandy, projekty i kolaboracje na przełomie kilkunastu lat scalają jego drogę do spełnienia i samorealizacji. „Fugitive light and themes of consolations” to jego czwarty solowy album. Jest on jednocześnie trzecią częścią zaplanowanej „sagi” przedstawiającej jego pogląd na wizję krajobrazów. Odnosi się to zarówno do fizycznych obrazów, jak i mentalnych podróży. Ten nietuzinkowy muzyk ze Szkocji poprzez swoje kompozycje dokumentuje to, co doświadcza i obserwuje. Dla jednych będzie to delikatny jazz, dla innych awangardowa muzyka klasyczna, jeszcze inni powiedzą, że to swoisty soundtrack bez równorzędnej kinematografii. Tak czy inaczej jest to muzyka dla marzycieli, idealistów, melomanów i poszukiwaczy. Proste i lekkie harmonie odziane są w przyjemne i monochromatyczne melodie. Nasycone folkiem utwory przewijają się przez Wielką Brytanię, zahaczając klimatem o Skandynawię, ale także czerpiące inspiracje z kultury dalekiego wschodu.

Rozgrywają się tu pełne optymizmu „Last sunbeams of childhood” oraz „Awoke in the Early Days in a Better World”, które nadają całości trochę koloru. Patrząc na okładkę widać same szarocienie i taka też jest w większości ta płyta. Trochę niespokojna, refleksyjna, może i smutna, ale niesłychanie urzekająca. Te krótkie formy przekazu Wasylyka idealnie wpisują się w aurę jesieni. Niby wieje grozą, ale za rogiem czai się nieco ukrytych promieni słońca. „The violet hour” najpiękniej skupia główny sens. Melodia, tajemnica, niespieszna interpretacja i przemyślana koncepcja. „In balgay silhouettes” wprowadza dodatkowe poziomy sekretów i mgły. Bardzo lubię gdy muzyka jest nie tylko tym co słyszę, ale także tym co mogę zobaczyć. Gdy pobudza mnie do nadzmysłowości i emanuje czymś więcej niż tylko kolejną doskonałą płytą. Ten album żyje swoim życiem, ma tętno i jest niesłychanie organiczny. Niekiedy sieje nawet lekkie przerażanie. 


Szybko jednak okazuje się, że Andrew Wasylyk nie chowa tutaj potworów w szafie, a bardziej rozmawia ze słuchaczem na swój indywidualny sposób. Chociaż rozmowa to chyba za dużo powiedziane. Zanurzając się w „Fugitive light and themes of consolations” jestem słuchaczem biernym, który nie chce nic dodawać od siebie a wręcz chłonie to co do dostaje. Łapię się na tym, że gdy słucham czegoś innego, to tęsknie za tym właśnie albumem. Dokładniej za „(Half-light on) The Cadmium Moon”, które czuję jakby skanowało moją wyobraźnię i wybierało tylko to, co najbardziej wartościowe. Ta płyta jest dość prosta jeśli oceniać samą twórczość, ale patrząc pomiędzy dźwiękami, jest to supernowa lecąca szybciej niż słuch sięga.

Ocena płyty: