Małgorzata Markiewicz. Szczerze przyznam, że to imię i nazwisko chodziło mi po głowie od… o rety, to już chyba 20 lat. Jej głos przypomina mi trochę Annę Marię Jopek, Anię Szarmach, Kasię Cerekwicką, a nawet i Annę Serafińską. Zmysłowy, pełen przydechu, namiętności, wyważenia. Do tego słychać też, że wokalistyka nie jest dla niej zabawą, a prawdziwą drogą do samorealizacji, co ujawnia się w technice i dbałości o detale. Dlaczego tak długo kazała czekać na swój debiutancki album? A no dlatego, że jak coś robić to porządnie i przemyślanie, a nie po to aby zwyczajnie było. Bardzo dobrze, bo jest to album na poziomie światowym. 


Wyczekane smakuje lepiej, dlatego delektuję się albumem „Bring The Light” długo i konkretnie. Pierwsze co narzuca mi się jako główny walor (poza wokalem, który jest niekwestionowany) to kompozycje. Nasycone bogactwem interpretacji. Ciekawe, nieszablonowe, po prostu piękne. Zapadają w moje gusta jak gęsty, gorący budyń. Równie aksamitne, bez nadmiernych dodatków i starannie przyrządzone. Od pierwszego „Ready and free” wyłania się soulowy obraz płyty, która na pewno jest jedną z nielicznych na dzisiejszej scenie podnosząc poprzeczkę innym artystom. Wielkie uznanie za talent i jego kreatywność, gdyż większość utworów jest dziełem, albo współautorstwa Małgorzaty. Bardzo cieszy mnie, że teksty są o czymś ważnym, a nie tylko o „czymś”. Nawet gdy są o miłości („Intymność”, „Dużo za dużo”, „Niebywale”) to są tak ślicznie ubrane, że słucha się ich z przyjemną nieoczywistością.

Największą frajdę zrobiły mi „Moc” oraz „Bring the light”. Pierwszy z nich ma wspaniale jazzujący klimat, drugi jest najmocniejszą pozycją albumu (nie na daremne zaowocował jako utwór tytułowy). Oba mają głębokie przesłanie jak i niezwykle dosadną interpretację. Piosenki z duszą zawsze będą lśnić najjaśniej. Dodajmy do tego doskonałą wokalistkę i mamy oto zjawisko niecodzienne. O Markiewicz można pisać wiele dobrego. Szlachetna barwa, doskonała akcentacja zarówno po polsku jak i angielsku (a wszyscy wiemy, że polskie wokalistki często mają z tym problem). Ta skromna i bardzo pokorna artystka jest śpiewaniem. Słychać i czuć, że to ją napędza, że daje jej energię i moc wyrażania siebie. Dla mnie to bardzo wyraźne i uczciwie wartościowe. Dowodem tych wszystkich zalet i zachwalań jest utwór „Łąki”. Kwintesencja atrybutów kompozycyjno-wokalnych Małgorzaty Markiewicz.


Jest pięknie. Ale mam jeden zasadniczy, acz maleńki problem, który czasem wytrąca mnie z tej lawiny słodyczy. Jest to płyta z dobrze zaaranżowanym jazzem, jak i z rozrywkową produkcją dla bardziej soulowo-popowych słuchaczy. Mam zatem mały dysonans i wątpliwości czy te dwa światy będą zgodne się połączyć. Produkcje, aranże i wykonanie są na bardzo wysokim poziomie, ale nie bardzo wiem jaki ma być punkt scalający. Dodatkowo dużo bardziej podoba mi się głos Markiewicz w języku polskim, niż w angielskim. Uważam, że mieszanie zarówno języków jak i stylów z nim związanych nieco rozprasza i nie daje płynności. Gdybym oddzielił utwory i puszczał je w „swoim” porządku, to byłoby mi łatwiej. Bo chociażby wspomniane „Łąki”, które jazzują kolorami, są za chwilę zduszone przez agresywny „Miracle” (idealny hit radiowy moich oczekiwań), który z kolei hamowany jest przez soulowe „Path”, które po polsku mogłoby stać się bardziej jazzowe. 

Jako debiut jest to petarda. Wokalnie, aranżacyjnie, produkcyjnie, wykonawczo mamy album, który od samego początku wchodzi poważnie do gry. Niespodzianki na nim zawarte z pewnością zaskoczą i wywołają dreszczyk. Jedyne czego nie mogę tu znaleźć, to bliższego poznania artystki. Uwielbiam jazz, kocham soul, ale wolę jadać je osobno, albo w dobrym zmiksowaniu. Tu mam wrażenie, że jest albo jedno, albo drugie. Trochę mnie to krępuje bo nie mogę sobie znaleźć jednoznacznej przestrzeni, by nazwać się odbiorcą tego albumu. Na rozrywkę jest on zbyt ambitny, chociaż z drugiej strony, może to już czas, aby przekonać rynek do takiego mainstreamu? Gdyby się to udało to szczerze przyznam jestem pierwszy by się pod tym podpisać! W końcu tak jak słyszymy w utworze „Podróż”:

Chcę spędzić dziś z tobą cały dzień,
Wyruszyć szlakiem podróży nieznanej,
Zatopić się w źrenicach twoich i…
Dotrzeć tam, gdzie nigdy nie był nikt”

Kibicuję, słucham i doceniam.

Ocena płyty: