Są płyty, które z czasem nabierają całkiem nowego wymiaru i to pierwotnie nie zamierzonego. Do nich należy album „Królowa dram”, firmowany przez objawienie ostatnich miesięcy, Sanah. Artystka prezentuje rodzaj sztuki, której bardzo, ale to bardzo, brakowało w polskim show businessie. W niezwykle zgrabny sposób łączy lekkość i przebojowość tradycyjnej muzyki pop (od soulu do folku) ze świetnymi tekstami, które w odróżnieniu od dzieł licznych kompozytorów-grafomanów zasługują na druk w bookletach.


Warto było przeczekać drobne perturbacje związane z datą premiery albumu. Sanah to rzadki przypadek bezkompromisowej perfekcjonistki, pieszczącej swe nagrania, nie pozwalającej na wydawanie muzyki średniej. Wydaje się, jakby to ona dyktowała warunki wytwórni płytowej.

W muzyce Sanah, i w tym względzie jest ona jedną z nielicznych, zaciera się granica pomiędzy muzyką ambitną a rozrywkową. „Królowa dram” to przede wszystkim znakomite, inteligentne kompozycje, które przy całym bogactwie formalnym (wpływy soulu, folku, jazzu) oraz aranżacyjnym (syntezatory, fortepian, skrzypce) zachowują zwartą strukturę popowej, melodyjnej piosenki.

Spod rąk producentów albumu wyszły oszczędne, rozmarzone i nastrojowe akustyczno-elektroniczne pejzaże, przy wtórze których Sanah dała przekonujący wokalny popis w duchu Beth Orton i Dido. Świetna, otwierająca płytę, tytułowa „Królowa dram” definiuje z miejsca cały album: pianino w oszczędnych akordach i głos Sanah wyśpiewujący piosenkę o prostej konstrukcji. Bliżej estetyki lo-fi i trochę dalej od masowego odbiorcy. Niemodne emocje, niemodne dźwięki i mnóstwo treści w kobiecym tekście.

Sanah jest na płycie urzekająca i przygnębiająca, romantyczna i cyniczna zarazem.

Odrobinę rozmarzona, odrobinę sfrustrowana. Proponuje muzykę nieco zamgloną, ale przejrzyście nagraną i precyzyjnie wykonaną. Dzięki przestrzennym aranżacjom pozwalającym muzykom na swobodne granie oraz przejmującemu wokalowi, muzyka posiada intrygujący klimat. Czasami, tak jak w przepięknych „Oto cała ja” albo „Sama”, słychać tylko fortepian, smyki, cichutki szmer elektroniki i Sanah. Świadoma zabawa ciszą wywołuje ciarki na plecach, gdy z oszczędnych, leniwych nut wyłania się nieoczekiwana ściana dźwięku i Sanah-wróżka, z pasją cedząca słowa – jak w moich ulubionych „Koronkach”.


Z pomocą m.in. Magdy Wójcik z zespołu Goya, poetka Sanah debiutuje ładunkiem najcięższego kalibru. Poraża już swym hipnotyzującym głosem, melodeklamującym zaangażowaną uliczną poezję, jakiej w popie nie słyszano od dawna. Jeszcze większe wrażenie robi tutaj muzyka – surowa, bezkompromisowa, skąpana w gotowych do eksplozji podskórnych, wielkomiejskich paranojach.

Sanah porusza się w kręgu obsesji – miłości, smutku i lęków. O ile poprawnie odczytuję intencję artystki, miłość nie jest dla niej synonimem totalnego cierpienia i upadku. Zamiast rozbijać głowę ukochanego kamieniem, prowadzi gorzką, filozoficzną dyskusję o życiu. Nic nie jest jednak u Sanah jednowymiarowe i przed momentem oswojona samotność, powraca w ironicznym kontekście jako serialowa drama.  

Królowa dram” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się w polskiej muzyce popularnej w ostatniej dekadzie, co zresztą słusznie doceniają, głosując swoimi pieniędzmi, Polacy kupujący w wielkich ilościach płyty Sanah.

Ocena płyty: