Kiedy Brad Mehldau siada za klawiaturą fortepianu, świat na chwilę wstrzymuje oddech. Widać jak jest skupiony, jak długo przesuwa palcami w powietrzu zanim dotkną instrumentu, czuć jak gromadzi w powietrzu szczególne napięcie i oczekiwanie.

Gdy już gra, dźwięki płyną miękko, kołysząc się. On faluje również, pochylając się i odchylając na przemian jakby w transie. Twarz jego przybiera charakterystyczny grymas, cała zmienia się podkowę, jak u dziecka, któremu zabierze się ulubioną zabawkę.

Jest to koncert solowy, więc ma Mehldau do dyspozycji całą przestrzeń i monopol na wszystko, co się tego dnia wydarzy. Pogrąża się więc w introspekcji, którą w pełnej koncentracji śledzi kilkaset umysłów zgromadzonych w sali.

Wszystko, co gra bierze się z namysłu, bo każdy wybrzmiewający temat to jedynie wstępna koncepcja do głębszych poszukiwań w obrębie harmonii, melodii, rytmu. Jest w tym wszystkim zamiłowanie do zapadających w pamięć linii melodycznych, muśnięć, pięknie wypowiadanych zdań. I zupełnie nie ma znaczenia czy akurat gra cover Radiohead, któryś z utworów Bacha czy bluesowy standard.

Gra intymnie i bardzo tej swojej intymności strzeże. Przez dwie godziny, prócz rzuczonego pod koniec koncertu „thank you”, nie mówi zupełnie nic. Podobnie w trakcie podpisywania płyt, na które zgodził się pod warunkiem, że nikt z publiczności nie będzie rejestrował jego występu.

Jest w tym wszystkim odrobina artystycznej pretensji, ale jego zdolność przykuwania uwagi, niezwykły muzyczny słuch i oryginalny ton pozwalają wszystkie to mu wybaczyć.