Jeśli zajrzeć do szuflady, gdzie mieszczą się polscy jazzmani tworzący na instrumentach dętych, to bez wątpienia rzuci nam się tam nazwisko Dąbrowski. Jego dorobek zamyka 8 solowych i wiele razy więcej współudziałowych albumów. Kolektyw z Free4arts, z którymi właśnie nagrał „When I Come Across” to materiał bardzo zimny, szorstki i trudny. W sam raz na jesiennie zawieruchy. 

Kasper Tom Christiansen, Sfen Dam Meinild oraz Simon Krebs wraz z Tomaszem Dąbrowskim wynajęli zamkniętą fabrykę, gdzie dali ponieść się fantazji improwizacyjnej, doprawionej odrobiną zamierzonego schematu. Dodatkową pikanterię dodaje fakt, że fabryka ta mieści się na jednej z duńskich wysp. Historia zaczyna się dość intrygująco.


Album na pewno nie jest dedykowany do słuchaczy, którzy jazz traktują jako chillout, bądź rozrywkową porcję energii. Jest to ten rodzaj jazzu, nad którym trzeba spędzić dłuższą chwilę, by dojść do punktu kalibracji. Chwilę, która będzie skupieniem tylko na dźwiękach. Nie do końca jednak przekonują mnie te improwizacje, gdyż jest tu za dużo owych dźwięków w dźwiękach. Są stylowe rozwinięcia i delikatne zakończenia, między którymi dzieje się czasami samowolka. Tak jak choćby w „I have no idea”, gdzie powtarzalne fragmenty trąbki rozpoczynają niejasny flirt z gitarą, wędrującą nieco histerycznie wśród jeszcze bardziej zagubionej perkusji. Progresja totalna. Harmonia ekstremalnie dysonująca. Nie chcę powiedzieć, że jest to męczące… ale myślę, że właśnie to jest najlepszym tego określeniem.

Ani chwili nie mam za to wątpliwości, że każdy z czworga muzyków jest wybitną jednostką.

Trochę chyba jednak się zagalopowali. Bardzo cienka linia dzieli wysublimowaną improwizację z przekombinowactwem. Ciężko mi to mówić, bo bardzo szanuję i cenię Tomasza Dąbrowskiego za jego dorobek, pozycję i odwagę. Poprzednia płyta w tym towarzystwie z 2015 roku też była ciężka, ale miała w sobie pewną prawidłowość, która scalała wszystko klamrą. Nie umiem powiedzieć co to było. Może tamten czas, miejsce i „układ planet”. Wtedy było to bardziej jadalne. Nie zawsze wszystko musi być naszym spełnieniem, często jest to tylko kolejny krok w podróży do swojego miejsca.

Niezwykła jest determinacja i kształtowanie pozycji Dąbrowskiego jako undergroundowego jazzmana. Brawa mu za to. Wielki szacunek za próbowanie, odkrywanie i dążenie do swoich ideałów. Materializacja swoich myśli nie jest dla słabych. Tomasz Dąbrowski jest siłaczem. Może bierze za dużo na swoje barki, ale jest siłaczem. 

Ocena płyty: