P.Unity to dziesięcioosobowy skład z Warszawy, którego rdzeń tworzy razem muzykę od ponad 10 lat. Debiutancki materiał dedykowany Princeowi miał premierę w warszawskim Niebie, na którą stawiło się ponad 500 osób. Koncertowa energia i show zespołu owiane są już legendą. Czarny koń młodej fali – naprawdę warto sprawdzić!

Wieści głoszą, że istniejecie od 2010 roku, a niektóre źródła podają jeszcze wcześniejsze daty. Kiedy tak naprawdę powstało P.Unity, które widzimy teraz?

Jędrzej: Faktycznie to z Maćkiem gramy od 2007 roku. Mieliśmy wtedy po 13 lat, więc pierwsze lata to było takie granie dosłownie w garażu, klasyczne początki jak z filmu o zespole. A ten zespół wyrósł po drodze – trudno powiedzieć, w którym momencie zaczęło się P. Unity, tym bardziej, że gatunkowo to szło bardzo płynnie. Graliśmy bardzo różne, dziwne rzeczy – covery różnych artystów i wszystko, co taki nastoletni garażowy zespół może grać. Potem wielokrotnie zmieniał się skład – poszerzał się, zmniejszał i znowu poszerzał. Zazwyczaj jak mówimy o P.Unity, to podajemy rok 2013-2014 – wtedy zawiązał się taki skład, jaki widzimy dzisiaj. Zmieniło się co prawda parę rzeczy, ale wtedy to było już to, co chcieliśmy przekazać. Jeśli chodzi też o liczbę osób w składzie, to właśnie wtedy to się skrystalizowało, bo po drodze mieliśmy różne kombinacje z dęciakami, bez dęciaków, z wokalami, bez wokali. Wtedy to wszystko się ułożyło. Co prawda po drodze było jeszcze sporo zmian osobowych – zmienili się wszyscy poza Maćkiem i mną. 

Jest was dużo, ale to Wy (Jacek i Maciek) jesteście tym corem zespołu?

Jędrzej: Tak, ale już od paru lat ten core jest troszkę większy. Szczerze mówiąc, w tym składzie gramy najdłużej i traktuję go całościowo: te 10 osób rzeczywiście tworzy P.Unity. 

W zeszłym roku wydaliście swoją pierwszą płytę. Czemu tak długo trzeba było czekać?

Maciek: Długo dojrzewaliśmy do tego, żeby stworzyć płytę, bo to wbrew pozorom nie jest takie łatwe, jakby mogło się wydawać. A dodatkowo w międzyczasie wydawaliśmy różne rzeczy, przez długi czas byliśmy zespołem stricte koncertowym. Przede wszystkim tworzyliśmy sety live, które tak naprawdę nie sprawdzają się za bardzo na nagraniach. Jak chce się nagrywać płytę, to trzeba mieć bardzo konkretny materiał, który odpowiada swoim charakterem do tego, żeby mógł zostać ubrany w płytę. Dawaliśmy o sobie znać co jakiś czas, w końcu wydaliśmy EP-kę, która była bardzo skromnym wydawnictwem, ale już coś oznaczała. Potem jak złapaliśmy bakcyla, okazało się, że robienie muzyki w ten sposób również jest całkiem ciekawe i satysfakcjonujące. Praca związana z koncertami to zupełnie inna para kaloszy. 

No właśnie, jak wyglądała praca nad tą płytą i co sprawia Wam więcej frajdy – koncertowanie czy wchodzenie do studia?

JĘDRZEJ: Ten zespół jest składem koncertowym – nie odcinam się od płyty, ale też bardzo rzadko jej słucham tak naprawdę (dosłownie kilka razy, m.in. jadąc na festiwal). Mam wrażenie, że numery, które powstały zaraz przed płytą i nie graliśmy ich nigdy wcześniej na żywo – w wersji live działają zupełnie inaczej, kiedy to się dzieje w tym momencie i umiera od razu. Wtedy dopiero to ma sens. Bardzo się cieszę, że udało nam się wreszcie wydać ten album, ale w mojej świadomości to nie jest wizytówka tego składu. Najlepszą wizytówką jest koncert, szczególnie że każdy koncert jest inny i to oddaje naturę tak dużego zespołu, gdzie miesza się bardzo dużo emocji z danego dnia. Więc jeśli ktoś teraz to czyta, to zapraszamy na koncert. ;)

A wracając do płyty, to jak ta praca wyglądała?

Jędrzej: Na początku Maciek z Miłoszem (Olenieckim), czyli można powiedzieć nasze duo kompozytorskie, stworzyli szkice do prawie każdego utworu, który znalazł się na płycie. Po drodze było kilka innych projektów, np. projekt solo Maćka i rzeczy, które robiliśmy we dwóch. W każdym razie chłopaki zrobili projekty domowe praktycznie całego materiału. Byłem wtedy za granicą, oni mi to wysyłali, ja pisałem teksty i opracowywałem wokalnie. Zaraz po moim powrocie zaczęliśmy działać i nagraliśmy tę płytę w ciągu kilku miesięcy. 

Maciek: Było bardzo intensywnie, ale właśnie mi przypomniałeś, że całej masy materiału Miłosz nie przyjął – tych bardziej soulowych rzeczy, pojechanych. 

Jędrzej: Rzeczywiście, bardzo dużo materiału odpadło. Co jest ciekawe, numery, które gramy od lat w secie koncertowym i są właściwie z nami od tych początków 2014, a nawet wcześniej, nie pojawiły się na płycie. Nie było nawet takiej myśli, że bierzemy ten materiał i nagrawamy, bo mieliśmy poczucie, że to są rzeczy, które już się albo zestarzały albo powinny istnieć tylko na żywo. I dużo materiału powstało w domu, a następnie w studio. Dopiero potem graliśmy te numery na koncertach. I to było ciekawe, bo ja jestem przyzwyczajony, że działaliśmy na próbie, na żywo, razem. Przegrywaliśmy od razu to, co powstawało. Można było to usłyszeć w tym samym momencie. Jednak tworzenie projektowo, w domu, wysyłanie demówek i dopiero przychodzenie do studia, gdzie możesz usłyszeć pierwszy raz numery, które są z Tobą już jakiś czas w wersjach „domowych”, to zupełnie inne doświadczenie.

Wspomnieliście o swojej EP-ce „Mango”. Do współpracy przy niej zaprosił Was Michał Urbaniak. Jak wspominacie ten czas? 

Maciek: Współpraca z Michałem była bardzo szybka i niespodziewana, bo tak naprawdę to się rozegrało w ciągu kilku tygodni, od momentu, kiedy pojawił się ten pomysł. Zadzwoniłem do Michała, bo dostałem takie polecenie od naszego wspólnego znajomego. Wiedzieliśmy, że Michał szukał ludzi do swojej nowej płyty i wyraził chęć, żeby nas poznać. Więc właściwie to się zadziało bez większych przygód. Spotkaliśmy się, okazało się, że wszyscy tego chcemy, wszyscy czujemy ten klimat, polubiliśmy się. Chwilę później usiedliśmy do tworzenia na podstawie dorobku Michała. I tak powstały dwa numery. Michał je zaakceptował i weszliśmy do studia. Wszystko działo się szybko, co było świetne. To było doskonałe doświadczenie, zupełnie inne niż to, co do tej pory przerabialiśmy. I dzięki temu mamy też bardzo fajną przygodę za sobą.  

Myślicie, że wrócicie jeszcze do współpracy z Michałem?

Jędrzej: Bardzo byśmy chcieli zaprosić Michała na naszą płytę. Przy ostatnim albumie chcieliśmy zaprosić Michała do jednego z utworów, ale praca się trochę przeciągnęła i ostatecznie ten konkretny utwór nie wszedł na album. Ale jak najbardziej, myślę, że każda współpraca z Michałem jest dla nas bardzo przyjemną sytuacją. Też bardzo fajne jest to, o czym wspomniał Maciek, że na poziomie osobowościowym to ładnie zagrało. Już pierwsze spotkanie miało taki charakter „przytulający”. Spotkaliśmy się u niego w mieszkaniu, zrobiliśmy sobie YouTube party i po takim wstępnym rozeznaniu zaczęliśmy działać muzycznie. I to dało bardzo dużo luzu i poczucia, że możemy robić razem muzykę. Dzięki temu nie czuliśmy skrępowania, że jesteśmy w studiu z legendą muzyki.

Piękna historia, bardzo miło się tego słucha. Mieszacie wiele gatunków. Czy któryś z nich jest Wam bliższy?

Maciek: Ja jestem słaby w te klocki, tzn. terminologię. Na tym etapie, w którym jesteśmy dzisiaj w muzyce, tym bardziej. Bo wszystko jest totalnie eklektyczne i jestem w stanie jedynie podzielić muzykę na taką, która mi się podoba i nie podoba. Ale jeśli mam być szczery, to płyta jest dowodem tego, że byliśmy na pograniczu tego, że bluesowo-psychodeliczne inspiracje wzięły górę. W zespole tworzymy podział (w tym dobrym znaczeniu), szukamy wspólnego punktu i dlatego muzyka jest bardziej poskładana. My (Maciek i Jacek) robimy bardziej psychodeliczne rzeczy, a część naszych ziomali z zespołu woli bardziej taneczną, żywiołową muzykę  i dlatego wydaje mi się, że na żywo to działa w ten sposób – jest to mocno zróżnicowane. 

Jędrzej: Uciekam trochę teraz od tych gatunków, ale jak sobie myślę, że pojawiają się różne wpływy, to się bardzo zastanawiam, co się wydarzy za jakiś czas. Bo każdy z nas próbuje wrzucić coś ze swoich inspiracji i oczywiście jest tak, że np. z Maćkiem dorzucamy transowe, bardzo powtarzalne elementy, a z drugiej strony pojawiają się inspiracje rockowo-repetytywne (jak np. w utworze „Klan” z pierwszej płyty), lub jazzowe (Miłosz ma bardzo jazzowy background). Dochodzimy do punktu, w którym nasze inspiracje zaczynają wciągać siebie nawzajem. Przeplatanie rzeczy, które nam się podobają, znajduje odbicie po drugiej stronie składu, więc to jest bardzo fajne, bo zaczynasz obserwować 10 osób, które wymieniają się inspiracjami. Wydaje mi się, że z czasem wypracujemy jeszcze bardziej spójny rdzeń, w którym te wpływy się zbiją w coś nowego. 

Maciek: Mamy nadzieję, że to już niebawem.

Czyli planujecie już nową płytę? 

Jędrzej: Jak najbardziej. Planujemy singiel (ale na razie więcej nie mogę powiedzieć). Cały czas pracujemy nad nowym materiałem na płytę. 

Jakaś wstępna data? 

Maciek: To wszystko jest jeszcze w powijakach. 

Jędrzej: Mamy taki cel, żeby to puścić w tym roku albo na początku przyszłego. Ale wychodzimy z założenia, że musi być materiał i będziemy mieli wtedy, co wydawać. Taka opcja wydawnicza, że wiemy, że musimy coś zrobić, ale nie mamy materiału i piszemy szybko, żeby zrobić cokolwiek, jest nam zupełnie obca. Więc jeżeli tego materiału nie będzie – on nie wypłynie z nas w wystarczająco szybkim czasie – to może się okazać, że ten album pojawi się dopiero za rok.  

Czy jest jeszcze jakiś artysta, którego chcielibyście zaprosić na płytę? Albo który mógłby zaprosić Was do współpracy?

Jędrzej: Może nie będę mówił o polskiej scenie, bo ktoś to może odebrać jako wyzwanie (śmiech). Ale w tym kontekście móge powiedzieć, że bardzo bym chciał współpracować z Hermesem – to jest świetny raper. Chciałbym tez działać ponadnarodowo i bardzo mi siedzą rzeczy z nowej lekko psychodelicznej muzy, typu Nick Hakim. Z takimi ludźmi byłoby bardzo fajnie współpracować. 

Maciek: Ja mam niestety nierealne marzenia – nie wiem, czy byłbym na tyle śmiały, żeby wyjść z propozycją współpracy. Chętnie zrobiłbym coś z D’Angelo. Tym bardziej, że ostatnio wypuścił nowy numerem z Rapsody (on na featuringu), ale to właśnie on jest najważniejszy w tym utworzy. Jest świetny. Spośród tych, którzy żyją, jego głos w świecie soulu jest nie do pobicia. Na starość głos mu się jeszcze trochę obniżył, jest potężniejszy i to działa zupełnie inaczej. 

Jędrzej: Ostatnio słyszałem coś takiego, że nie można poznawać swoich idoli, bo pęka bańka idealnego wizerunku. 

My jednak życzymy, żeby nie rezygnować i podążać za marzeniami. Trzymamy kciuki!


Rozmawiała: Ale Jus