Polscy fani zazwyczaj długo muszą czekać na koncert Michaela Bublé w Polsce, trasa Love trochę im to osłodziła. Artysta zawitał do naszego kraju dwukrotnie, do Łodzi i Krakowa. Poniżej kilka słów na temat łódzkiego koncertu.

To był pierwszy koncert Michaela w Łodzi, co zresztą sam podkreślił podczas jednego z wielu przemówień. Dotychczas zagrał w Gdańsku i Krakowie (tutaj już drugi raz biorąc pod uwagę tegoroczny koncert). Akustycznie było rewelacyjnie, przemieszczałem się po hali żeby sprawdzić czy faktycznie wszyscy będą dobrze słyszeć – tak było. Ale do rzeczy… Michael Bublé to jeden z tych wokalistów, którzy czarują nie tylko piosenkami. Jest przystojny, szarmancki i z ogromnym poczuciem humoru. Fakt, nie każdy lubi kanadyjski humor, który jest nieco mroczny, a dla niektórych wręcz chamski. Jednak z jego ust zawsze brzmi to jakoś słodko i wesoło. Były opowieści o zazdrosnej żonie, o Łodzi oraz wspomnienia poprzednich, polskich koncertów.

Jeśli chodzi o muzykę…

Artysta zagrał w sumie 21 utworów, rozpoczynając od „Feeling Good”. Zgromadzona publiczność od razu wstała z miejsc. Mogłoby się wydawać, że siedzące koncerty są dobre… ale nie zawsze. Michael ma w taki sposób ułożoną setlistę, że jest czas na siedzenie, ale więcej na tańczenie i dobrą zabawę. Zespół Michaela nieco się rozrósł, doszedł chórek, w których śpiewają: Loren Battley, Jarrett Johnson oraz Loren Smith. Należą im się naprawdę wielkie brawa! Zawsze podkreślam, że zespół Michaela to nie taki zwykły band. Czuć, że w trasie są prawdziwą rodziną.

Po wykonaniu większości utworów na głównej scenie, kilku muzyków przeniosło się na drugą scenę. Usłyszeliśmy z niej trzy utwory: „Buona Sera Signorina”, „Just a Gigolo” połączony z „I Ain’t Got Nobody” oraz „You Never Can Tell”. Po ich wykonaniu Michael szybko podbiegł na główną scenę aby wykonać „Nobody but Me”. Kulminacyjnym momentem koncertu było brawurowe wykonanie „Cry me a river”. Znakomity głos, znakomite efekty specjalne, no i oczywiście znakomity zespół!

Bisy? Oczywiście, że były…

Drużyna MB wykonała trzy utwory: „Where or When”, „Everything” oraz „You Were Always on My Mind”. Jedno trzeba przyznać, mimo 21 utworów miało się wrażenie, że koncert trwał zaledwie 5 minut…

Podsumowując. Michael doszedł do siebie po walce z rakiem syna. Jest wdzięczny Bogu, rodzinie oraz fanom za to, że wspierali na każdym kroku jego i jego rodzinę. Owocem tej wdzięczności jest album „Love” oraz trasa koncertowa. Teraz, nie pozostaje nam nic innego jak czekać na nową trasę koncertową. Może tym razem Michael przyjedzie na więcej niż dwa koncerty.