Polska grupa Fraktale wzięła sobie bardzo do serca nazwę i parafrazując słownikowe znaczenie, próbują wyrazić swoje zdanie w skomplikowanej konwencji muzycznej, charakteryzującej się swoistą harmonią w nieharmonijności. Ocena eksperymentu jaką jest płyta „Dharma Bums” może być diametralnie różna. Dla fana jazzu o ortodoksyjnym podejściu do materii dźwiękowej i odsłuchującego krążek stereo – będzie się on jawił co najmniej dziwnym. Jeżeli wpadnie w ręce konesera futurystycznych atmosfer, to koneser bez żadnych używek może doznać olśnienia wyższego rzędu.

Oblicze brzmieniowe zespołu tworzy gitarzysta i basista Filip Franczak, saksofonista tenorowy Bartłomiej Szumilas, pianista Rafał Rataj oraz perkusista Michał Naróg. Młodzi członkowie zespołu mają liczne doświadczenia, grę ze starszymi muzykami, nagrody w konkursach i występy zagraniczne. Liczących się formacji tego typu mamy w kraju niewiele, a zespół prezentuje się całkiem oryginalnie.

Propozycja kwartetu wymyka się wszelkim klasyfikacjom, bo dawno nikt nie przedstawił tak odlotowego free jazzu. Muzycy poszukują inspiracji nie tylko w jazzowej tradycji. Chyba największe twórcze przygody przeżywają, przemierzając rozległe obszary rodzimego i obcego folkloru oraz psychodelii. Na koncertową płytę weszło siedem utworów, po części znanych wcześniej z albumu studyjnego. Tym razem muzycy uwypuklili sferę aranżacyjną, gdzie w skomplikowanych rytmach, zawiłościach melodycznych i niecodziennych harmoniach czujemy się jak w labiryncie dla dzieci, ale nie w dżungli. Tak jednak należało postąpić, by nie zostać posądzonym o zwykłą klezmerkę. Elektryfikacja i zaadaptowanie pewnych elementów rockowych przez jazz, to w olbrzymim stopniu wkład Piotra Zielińskiego – producenta w studiu Lateral Sound, który zgrał siedem piekielnie nośnych tematów.


Żeby nikogo nie płoszyć, krążek zaczyna się w manierze sennego „Enceladus Dream”, dość sentymentalnie. Kolejne tematy zawierają w sobie dużo elementów zaczerpniętych z jazzowej klasyki, zgrabnie wymieszanych z awangardowym odjazdem. Wytworzyło to nastrój licujący ze świątynią, areną: podniosły, ale i niezwykle energetyczny. Z utworu na utwór sielsko-anielskie opowieści zaczynają się komplikować i pod koniec pełne są fikołków. W cyrkowej aurze muzycy Fraktali są zarazem magami, klownami, treserami i akrobatami. Spektakl skończony – brawo!

Wszyscy muzycy znają się jak w rodzinie, toteż muzykują po przyjacielsku. W tej zabawie chodzi przede wszystkim o oddanie maestrii aranżu, o współbrzmienie i te zapisane, i te powstające na żywo. W koncertowym wykonaniu muzyka Fraktali oparta została na kolektywnej improwizacji, przypominającej futurystyczną podróż. Sen, który nie zawsze musi być przyjemny.

Ocena płyty: