Już jutro w ramach Szczecin Jazz Fest wystąpi królowa neo-soulu Erykah Badu. Towarzyszyć jej będzie skład Culture Revolution łączący artystów polskich z amerykańskimi, którego założycielami są saksofonista Sylwester Ostrowski oraz trębacz Keyon Harrold. Jesienią ukazała się pierwsza płyta projektu, zatytułowana „When You Are Here”. O pomyśle jej nagrania, założeniach projektu, doborze artystów, którzy się w nim znaleźli, a także o muzycznym udziale w filmie „Miles Davis i ja” opowiedział nam główny zainteresowany – Keyon Harrold.

Znamy genezę Twojej współpracy z Sylwestrem Ostrowskim, sięgającą festiwalu w Szczecinie i koncertów w Nowym Jorku. Skąd natomiast wziął się pomysł na płytę „When You Are Here” nagraną pod szyldem Culture Revolution?

KH: Pomysł na całą płytę wziął się od piosenki pod tym samym tytułem. Stało się to jeszcze zanim powstał tekst do tego numeru. Pomyślałem sobie, że to dobry tytuł dla płyty, ponieważ prowokuje i zachęca ludzi do wejścia w ten album. To idealnie odnosi do idei całej Culture Revolution – gdziekolwiek byśmy z nią nie pojechali, tam będzie się ona tworzyła. I tak też jest w przypadku Polski. Rozmawialiśmy o tym projekcie z Sylwestrem od już od dłuższego czasu – od kilkunastu lat.

A jaki był klucz doboru artystów, którzy wystąpili na albumie?

KH: O, to było fantastyczne doświadczenie. Chodziło o zderzenie Wschodu z Zachodem. Chciałem zatem pracować z najlepszymi artystami z Polski. Postanowiłem jednocześnie zaprosić najlepszych muzyków z Nowego Jorku, jakich znam, którzy akurat byli dostępni. Dlatego na płycie znalazł się chociażby Pharoahe Monch, z którym współpracowałem już wcześniej przy okazji filmu od życiu Milesa Davisa oraz Jermaine Holmes, zktórym występowaliśmy razem w zespole D’Angelo.  Z mojego punktu widzenia takie połączenie, to gwarancja najwyższej jakości. No i artyści z Polski: Paulina Przybysz, Aga Czyż i Abel. To wspaniali muzycy. Mnie jako producentowi całości z każdym z nich współpracowało się fantastycznie, ponieważ są bardzo kreatywni i mają swój własny indywidualny sznyt. To jest niezwykle ważne. Zawsze szukam u innych artystów właśnie tego indywidualnego podejścia do sztuki.

Słuchałeś też innych polskich artystów, czy zdałeś się na sugestie Sylwestra pod tym względem?

KH: Nie, przesłuchałem sporo innych artystów z Polski. Tych, których zaprosiliśmy do tego projektu, wybrałem w wyniku ostatecznej selekcji.

Na płycie znajdują się także utwory oparte o „Etiudę Rewolucyjną” Chopina oraz pieśń „My Pierwsza Brygada”. Rozumiem, że te pomysły wyszły od Sylwestra?

KH: Tak, Sylwester pokazał mi te utwory i zasugerował, by na ich bazie coś stworzyć. Wyjaśnił mi, że to pieśni mocno zakorzenione w polskiej kulturze. Zaczęliśmy nad nimi pracować, a przede wszystkim dodaliśmy do nich słowa, by jeszcze lepiej wyrazić emocje i uczucia, jakie w sobie zawierają. To bardzo ‘żołnierskie’ utwory, mają silnie zaznaczony rytm marszu i bardzo pasują do naszej idei rewolucji.

Słuchając „When You Are Here”, odniosłem wrażenie, że to album stworzony w Polsce, z polskimi artystami i zawierający pierwiastek polski, a jednak nagrany po amerykańsku – z charakterystyczną wibracją i groovem.

KH: Masz całkowitą rację i dokładnie o to nam chodziło. To zresztą czyni go wyjątkowym. Chciałem połączyć moje wpływy, moje podejście do muzyki z tym, co polscy artyści mają do zaoferowania. To idea zetknięcia się ze sobą dwóch światów, twórczych umysłów, w wyniku którego powstaje coś unikalnego. Jeśli chodzi o muzyków z mojego zespołu, to wiem, jak grają i jak reagują na inne dźwięki. Połączyliśmy nasze harmonie i groove z wrażliwością polskich artystów i wyszło to znakomicie.

Czemu zatem nie włączyłeś więcej polskich piosenek do tej płyty?

KH: Ponieważ nie chodziło o to, by podzielić płytę pół na pół. Chodziło o to, co ja mogę zaproponować jako producent i artysta w połączeniu z polskimi artystami. Pomysł, o którym mówisz też jest ciekawy i na pewno sprawiłby, że ta płyta brzmiałaby inaczej, ale nie to było naszym zamiarem.

Będziesz w jakiś sposób rozwijał Culture Revolution?

KH: Jak najbardziej. Chcę zgłębić historię, kulturę i sytuację polityczną nie tylko w Polsce, ale także w Europie i na innych kontynentach. Myślę, że Culture Revolution nie dotyczy tylko Ameryki i Polski. Na całym świecie może ona przecież zachodzić. Wiele osób musi się jeszcze wiele nauczyć. Widzę to po sobie. Na pewno wychowywałem się inaczej, niż chociażby Sylwester, czy Ty. Uważam jednak, że możemy się uczyć od siebie nawzajem i inspirować wzajemnie. Każdego dnia. Muzyka jest tą wibracją, która inspiruje i wpływa na ludzi.

Chciałem jeszcze zapytać o tytuł Twojej ostatniej solowej płyty – „The Mugician”

KH: ‘Mugician’, to połączenie słów ‘magician’ i ‘musician’. Kiedy pracowałem pracowałem nad filmem „Miles DAVIS i ja”, Don Cheadle skomplementował moją grę, mówiąc, że zagrałem magicznie, tak jakbym był magikiem muzyki. Byliśmy później w South West, by porozmawiać o wspólnym projekcie z nim i z Robertem Glasperem,. Kiedy Don się pojawił, przedstawił mnie jako ‘mugiciana’. Wróciłem do domu, napisałem pierwszy utwór, który stał się początkiem tej płyty i zatytułowałem go właśnie „The Mugician”. Stał się on punktem wyjścia do całego konceptu tego albumu.

Wspomniałeś o filmie „Miles Davis i ja”. Oglądając go, czułem pewien niedosyt, bo przedstawia on tylko fragment życia Milesa. Zastanawiam się, czy Don Cheadle nie chciałby rozszerzyć tej opowieści. Wiesz może coś na ten temat?

KH: Nie wydaje mi się, że Don chciałby to rozszerzyć. On przedstawił ten fragment historii, kiedy Miles Davis nie grał i szukał powodu do gry, celu do tego, by ponownie zacząć grać i tworzyć. Jak wiesz, Miles utracił radość z grania muzyki z powodu uzależnienia od narkotyków i z powodu z tego, z czym musiał mierzyć się na co dzień. Poza tym nosił w sobie wiele bólu… Don Cheadle chciał pokazać właśnie te zmagania Davisa, ten moment przejściowy, zanim wrócił do tworzenia oraz nagrywania i dlatego nie sądzę, by chciał tę opowieść rozszerzać o następne części. Tu nie o to chodziło. „Miles Davis i ja” nie miał pokazywać całej drogi artystycznej Davisa od lat czterdziestych aż po lata dziewięćdziesiąte. Bardziej chodziło o pokazanie, że Miles, który zmieniał kierunek muzyki jazzowej przynajmniej sześć razy też szuka, też się waha, też ma wątpliwości i także jest zwykłym człowiekiem.