Kiedyś na jednym z festiwali, ktoś mnie zapytał czym dla mnie jest muzyka duszy? Jakie są jej składowe i czym się charakteryzuje? I wtedy, i dziś mam jedną odpowiedź. India Arie.

Ona jest definicją i kwintesencją duszy w muzyce. Nie dbam o to, czy dostaje nominacje do Grammy, czy śpiewa na największych scenach świata, nie obchodzi mnie cały blichtr showbiznesu skierowany na jej promocję. To co ważne jest w słowach, które wybrzmiewają z jej ust.

„Worthy” jest szóstym albumem (nie licząc kompilacji świątecznej i Ep). India Arie to nie jest tylko artystka, wokalistka, producentka i mentorka, to tak właściwie marka sama w sobie jeśli chodzi o gatunek muzyczny. Neo-soul przeplata się tu z popem, r’n’b i delikatnym bluesem. Opowieści są niezmiennie o tym samym. O tym co dobre, o tym co daje nadzieje i o tym co wartościowe. Zresztą co tu dużo mówić, wystarczy posłuchać „What If”, albo „The Magic” promujące krążek.


Największy szacunek mam do niej za to, że mówi zawsze to co chce powiedzieć. Nie bawi się w nadmierne słodycze ani bezpieczne metafory. Jest dobitnie i prawdziwie. Zawsze podkreślała, że dumna jest ze swojego pochodzenia i nie ma siły, aby ktoś ściągnął ją w dół, a miłość zwycięży wszystko. „What If” to hołd dla jej inspiracji, ale także dla największych legend walki o równość i jedność. Merytorycznie jest to mistrzostwo świata. Kipi tu od uniwersalnych wartości, które stały się obecnie zbyt trudne do naśladowania. Zabrzmi to dość banalnie, ale Arie jest powierniczką serc i nadziei. Brzmi tandetnie, ale nie ma innych słów aby to wyrazić. Trzeba posłuchać piosenek, aby to zrozumieć i się w tym zagłębić. „Follow the sun”, „We are”, „Coulda shoulda woulda”, „Prayer for humanity”, „Worthy”… utwory, które dzieją się kolorami emocji. Od wiary aż po strach, ale nigdy w negatywnym tego słowa znaczeniu. Wszystko jest po coś i to jest największym przesłaniem tej płyty.

Muzycznie album rozwala swoją autentycznością akustycznego brzmienia. Delikatna gitara to jej znak rozpoznawczy. „Crazy” dość charakterystycznie przesycone jest wieczną miłością i inspiracją do Steviego Wondera. Swoją drogą niezły z niego szczęściarz, bo może powiedzieć że jest współtwórcą tego, czym są piosenki tej dziewczyny z gitarą. Słuchając z kolei „Hour of love” nie mam już najmniejszej wątpliwości, że nie jest ona czyjąś kopią, ani pośredniczką. Ona jest całkowicie doskonałym spełnieniem swojego wewnętrznego światła. Nie na daremne nagrała przecież na poprzednim albumie Songversation (2013) utwór „I am light”. Mam wrażenie, że wszystkie te utwory powstały zawsze najpierw w wersji czysto gitarowej.

Aranżacyjnie jest tu jednak bardziej bogato, tak jak np. w „Rollercoaster”, który jest najbardziej rozrywkowym kawałkiem na Worthy. Może trochę i za bardzo… ale merytorycznie wszystko nadal się klei i scala. Życzyłbym sobie i mam ogromną nadzieję, że następnym singlem zostanie „Coulda shoulda woulda”. Właśnie on jest punktem szczytowym na tej płycie. Mogłoby się wydawać, że jest pełen pretensji i żalu, opowiada bowiem o wszystkim co boli współczesnego słuchacza. Hatersi, skandale, materializm i walka o pozycję. Najbardziej ujął mnie tu jeden wers: „…I love my brown skin so much, been that way before Wakanda…”.

Przerabiane dziś popkulturowe sztampowe tezy, ona przerobiła dawno temu razem ze swoją gitarą. Trzeba teraz wspomnieć, że wszystkie poprzednie płyty były współtworzone i produkowane przez Blue Millera. Gitarzystę, wokalistę i producenta, bez którego nie było by Indii Arie. Jego nagła śmierć była pewnie najtrudniejszym doświadczeniem w karierze artystki. Nie mogło być inaczej jak zadedykować mu ten album. Jestem pewny, że byłby on dumny, bo jest tu wszystko to, co kochamy w Indii.

6 lat czekaliśmy na „Worthy”. 6 długich lat nagrodzonych jednym z najlepszych krążków 2019 roku. Myślę, że zbyteczne są nominacje, nagrody i pochwały. Tu potrzeba jest atencja. Chwila refleksji, aby dostrzec w tych utworach to, co ukryte jest w przekazie „…our loves gonna change the world…”. Chciałbym, aby dotarło to do wszystkich. Tak samo aby dotarło przesłanie płynące z okładki. Żadnego retuszu. Prawdziwa, uczciwa twarz, która jest WORTHY.

Ocena płyty: