Siódmy album Rebekki Bakken jest chyba najbardziej dojrzałym ze wszystkich jakie nagrała. Po 5 popowych, przepełnionych delikatnością i zmysłowością nastąpił przełom. Płyta „Little Drop Of Poison” z tekstami Toma Waitsa wydobyła z tej delikatnej i pięknej Norweżki drapieżnego, odrobinę niegrzecznego kocura. Album ciężki i trudny nie do końca przypadł do gustu fanom Rebekki. Z pomocą przychodzi najnowszy „Things You Leave Behind”. Jest tu nadal zadziornie, ale artystka powróciła do swojego największego atutu jakim są melodyjne kompozycje. Zresztą ja zawsze uważałem, że artystę w największym stopniu określa jego własny dorobek. Kiedy ma się talent do pisania piosenek, które przez 5 płyt z rzędu sieją zachwyt i uznanie, to nie można się z tego już wycofać.


Od pierwszego utworu („Closer”) słychać, że ona ciągle to ma. Zadymiony dramatyzmem, gospelowy kawałek o krytycznej miłości rozpoczyna ciekawą muzyczną podróż. Rebekka jest bardziej odważna, wręcz frywolna w sposobie śpiewania, co doskonale prezentuje tytułowy utwór. Dzika kompozycja z niebanalną historią scala nowy dorobek z poprzednim albumem. Nie do końca rozumiem koncepcję coveru „Time after time”… wiadomo, że to evergreen i przerabiać go to wielkie ryzyko. Nikt tu natomiast nie zaryzykował. Brzmi on w zasadzie tak, jak większość jego interpretacji nagranych przez innych. Wolę Rebekkę Bakken twórczą i zaskakującą. Nade wszystko najbardziej cenię w niej autentyczność, szczerość i oddanie samej siebie. Osiem z jedenastu utworów jest całkowitym dziełem artystki. Po 18 latach od debiutu jej piosenki nieustannie mają swoje odrębne miejsce tuż obok tych już powstałych. Są charakterystyczne dla własnego gatunku. Jest tu coś z pogranicza bluesa, country, popu i soulu. Leniwe „Shelter” z delikatnymi riffami gitary oraz majestatycznym hammondem w połączeniu z ciepłym, acz odrobinę ostrym wokalem doskonale do siebie pasują. Sporo na albumie akustycznych aranżacji, gitara i pianino to nieodzowne jej atrybuty.

Daremne szukać tu skocznych mainstreemowych produkcji, mających wypromować „Things You Leave Behind” na głębokie wody. Zdawałoby się, że tak być właśnie postanowiono, w końcu to debiut tej artystki w wytwórni Okeh (która ostatnio ma same znakomite nazwiska: Dee Dee Bridgewater, Silje Nergaard, Somi). Postawiono na autentyczność, co dla mnie jest największym walorem tej płyty. Prosta, przesycona emocjami i barwnymi tekstami. Lubię jak piosenki są opowieściami, a nie tylko zlepkiem zrymowanych słów. „Charlie” to taki właśnie kolorowy kawałek, chyba najjaśniejszy wśród reszty repertuaru. Nieco kabaretowy, ale nadal bluesowo-soulowy ma szansę namieszać w promocji tego materiału. Mnie natomiast totalnie oczarowała najmroczniejsza pozycja: „Hotel St Pauli”. Poezja wylewa się z tej kompozycji jak gęsta czekolada, oblewając wszystko dookoła. W końcu chodzi tu o sens, nie tylko o dźwięki. A największym sensem są zmiany, nieustająca rwąca rzeka płynąca przez nasze życie.

Rebekka dobrze wie co to znaczy. Zmieniła ostatnio niemal wszystko. Wróciła do Norwegii ze Stanów, znalazła nową miłość, której owocem jest jej pierwsze dziecko, pożegnała jednocześnie managera, który zmarł w nagłych okolicznościach. Wszystko to wywarło ogromny wpływ na ten album.

Trasa koncertowa promująca to wydawnictwo obejmuje Polskę i 14 kwietnia artystka wystąpi na poznańskiej Erze Jazzu.

Warto więc się na niego wybrać, bo muzyka Pani Bakken jest sztuką zrodzoną z potrzeby dzielenia się emocjami.

Ocena płyty: