Mija 20 lat od wydania jej debiutanckiego albumu „Tamia”. Siódmy Passion like fire” już chwilę po premierze zdobył #1 Billboard. Sześciokrotnie nominowana do Grammy Best R&B Singer Tamia nie zwalnia tempa, jednocześnie nie przyspieszając.

Idzie sobie swoim rytmem i zdaje się nie oglądać na wszystko dookoła.

Śmiało można stwierdzić, że wszystkie jej albumy są znacząco podobne. Wyprodukowane w tej samej konwencji (zwłaszcza ostatnie 3). Soczysty, radiowy R&B przeplatany popowymi melodiami i miłosnymi (czasem do granic możliwości) tekstami. Jedno trzeba jednak oddać tej Pani. Tak jak ona, to mało kto potrafi dbać o kondycję śpiewania.

Tamia Passion Like Fire

Po 23 latach na scenie nie sztuką jest wydać kolejną płytę, sztuką jest wyjść na scenę i potrafić zaśpiewać tak, jak na początku kariery. Ta artystka (bo oprócz śpiewania jeszcze jest współtwórcą utworów i współproducentką) operuje głosem tak znakomicie, że nie straszny jej upływający czas, ani trasy koncertowe. Mówię o tym dlatego, bo znam wiele innych „artystek”, które po niespełna dekadzie nie radzą sobie z własnymi utworami z przeszłości. Niekoniecznie dlatego, że nie potrafią. Bardziej poprzez nieumiejętność korzystania z własnego instrumentu jakim jest głos. Ale wróćmy do płyty. Dla mnie jest ona kontynuacją poprzedniej Love Life” z 2015. Czasami nawet zdaje mi się jakby motywy melodyczne były podobne. Tak samo z aranżami i produkcją. Czy to źle? Niekoniecznie.

Uważam, że właśnie „Love Life” jest najlepszą płyta w jej dorobku, a Passion like fire” wykorzystuje ten piar podtrzymując poziom. Znajdziecie tu wbijające się w pamięć radiówki jak „Leave it smokin’”, „Not for long” oraz najbardziej hitowy „When the sun comes up”, który trochę mnie zaczarował, bo słuchając go poczułem się jak roztańczony nastolatek gdzieś daleko na dzikiej plaży. Dla mnie petarda. Kolejną jest „It’s yours”. Klasyka gatunku. Głębokie loopy mieszają się z leniwym groovem hip hopu. Największym jednak walorem tego albumu są ballady. Zwłaszcza ta jedna, „Deeper”. Piano, wokal i chórki. To co tu się wydarzyło zakrawa o eksplozję atomową.

Ok, tekst nie jest jakoś specjalnie zaskakujący, można powiedzieć, że nieco sztampowy, ale cała aranżacja i szata emocjonalna nadrabia po stokroć. Utwór rozwija się liniowo, od samego początku czeka się na kulminację, która gdy już nadciąga to trzyma prawie do końca. Jej „Into you” oraz „Stranger in my house” sprzed lat mogą według mnie się schować i ustąpić tronu. Jest tu jeszcze jedna szczególna pozycja – utwór „Stay”.

Najbardziej urzeka mnie w nim to, że dzieję się tutaj tak dużo.

Jest niby schematycznie, niby nic nowego bo przecież każdy kto wykonuje popowe R&B bazuje głównie na balladach, ale są smaczki takie jak połamane konwencje beatów, pauzy, chórki. Ostatni utwór na płycie „You are loved” jest już trochę małym przegięciem jeśli chodzi o tekstowy lukier miłości, ale z tego samego względu „Today I do” będzie nieodzownym punktem amerykańskich ślubów oraz weselnych pierwszych tańców. Wszystko to sprawia, że ten album jest naprawdę godny uwagi. Zaryzykuję stwierdzenie, że ma szanse na siódmą nominację do Grammy. Materiał jest dla mas. Rozrywka w najlepszym wydaniu. Pośród wszystkich większych i mniejszych gwiazd bawiących nas jeden czy dwa sezony jest ona.

Od 20 lat z głową podniesioną wysoko świeci ciągle tak samo. Uczciwie i z pasją. Jak ogień.

Ocena płyty: