Od dawna wiadomo, że nieraz akustyczne, intymne granie ma w sobie więcej emocji niż potężne, rozdmuchane opracowania. Trzeba tylko mieć „to coś”. Zdaje mi się, że pani Kandace Springs może to coś mieć. Jeśli tylko damy jej szansę i poświęcimy parę chwil. Urodzona w Nashville artystka oferuje na swojej debiutanckiej płycie „Soul Eyes” jedenaście oszczędnie zrealizowanych, lecz kipiących od pomysłów obrazów dźwiękowych.

Refleksyjnych, stonowanych, a przy tym odpowiednio wyrazistych.

kandace springs

Kandace Springs jest uważana za jedną z najoryginalniejszych współczesnych wokalistek. Jednak myli się ten, kto uważa, że twórczość Kandace warta jest omawiania jedynie w kręgach jazzowych. Nic podobnego. Jazz jest tylko jedną z form muzycznej komunikacji z jakiej korzysta. I z pewnością nie najważniejszą. Ta muzyka ma inne zasadnicze źródło. Jest nim blues z Delty Missisipi. Obok niego w muzyce artystki doskonale współgrają ludowe tematy murzyńskie i elementy soulu. Jednak duży wpływy na jej twórczość ma muzyka popularna, z której czerpie inspiracje. Mało jest wokalistek potrafiących tak twórczo podejść do cudzych tematów i uczynić z nich coś swojego. Inna sprawa, że nieraz tak zmieniają swoją formę, że trudno je rozpoznać.

Na „Soul Eyes” obok tradycyjnych tematów jazzowych i kilku kompozycji samej wokalistki znalazły się utwory tak znanych muzyków jak Shelby Lynne („Thought It Would Be Easier”), War („The World Is a Ghetto”). Artystka podchodzi do tych tematów swobodnie, lecz z dbałością o zachowanie wcześniejszych struktur rytmicznych. Śpiewa je niezwykle oryginalnym, „przydymionym” głosem, w którym jest miejsce na ciepłe tony, ale i ogarnięty pasją skowyt. Kandace wspiera kapitalna akustyczna grupa i kilka wokalistek. Jak doskonale to wszystko ze sobą współgra, można przekonać się, słuchając np. „Fall Guy”.

To, co przykuwa uwagę, to „luzacki”, a zarazem bardzo pewny, sposób interpretacji. Oznacza to, że Springs śpiewa jakby do siebie, nie przejmując się zbytnio częstymi zmianami natężenia i głośności wokalu. Efekt jest chwilami intrygujący, ale oczywiście takie chwile trzeba wychwycić, bo jedno niedbałe nastawienie ucha ukaże nam Kandace jako typową, jazz-soulową balladzistkę z gitarą i fortepianem.

Skoro o aranżacjach: pewien minimalizm w tej muzyce jest, natomiast są też różne rodzynki: za ich sprawą słucha się „Soul Eyes” z prawdziwą przyjemnością. Wszystko w rozsądnych ilościach, wszystko składa się na osobisty, liryczny nastrój. Do tego dochodzą jeszcze poetyckie teksty i urokliwe melodie… Nie będę wymieniał najlepszych utworów, bo „Soul Eyes” to całość.

W sam raz na późny wieczór.

Zastanawiam się, co przesądziło o tym, że powstał album tak niezwykły, tak udany. Wydaje mi się, że najważniejsze jest to, iż potrafi ona perfekcyjnie połączyć tradycję z nowoczesnością, pozostając cały czas sobą – zwykłą dziewczyną śpiewającą niezwykłe piosenki.

Ocena płyty: