To najlepsza płyta, jaką kiedykolwiek nagrałem – brzmi znajomo, prawda? Zwykle do tego typu zapewnień artystów promujących swoje nadchodzące albumy pochodzę raczej z rezerwą i pewną dozą sceptycyzmu. Kiedy jednak takie słowa padają z ust Michaela Bublé nie pozostaje mi nic innego, jak w nie uwierzyć. Ci, którzy choć trochę mnie znają, wiedzą bowiem, że powierzenie mi oceny jakiejkolwiek twórczości tego kanadyjskiego wokalisty wiąże się z pewnym ryzykiem. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że jako wierna fanka Bublé nie będę w stanie zawrzeć w recenzji „Nobody But Me” ani słowa krytyki.

Michael Buble Nobody But Me cover

Już teraz mogę zdradzić, że chyba rzeczywiście tak będzie. Uważam jednak, że i tym razem moja bezkrytyczność nie jest bezpodstawna. Na swoim najnowszym krążku, Michael po raz kolejny serwuje fanom to, co kochają najbardziej – umiejętne połączenie popowych, łatwo wpadających w ucho (choć niebanalnych) piosenek oryginalnych z coverami dobrze znanych jazzowych utworów. Elementem, który i tym razem sprawia, że tej mieszance nie można się oprzeć jest oczywiście niepowtarzalny głos Kanadyjczyka.

Na płycie w wersji podstawowej znajdziemy dziesięć kompozycji, a album w wersji deluxe wzbogacony jest o kolejne trzy. Wielbicieli dobrze znanych standardów (wśród tej grupy słuchaczy znajduję się i ja) na pewno ucieszy obecność takich utworów, jak choćby „My Kind of Girl”, którego ogromną siłą, oprócz głosu Bublé, jest moim zdaniem wyjątkowo przyjemna warstwa instrumentalna, czy sentymentalnego i delikatnego „The Very Thought of You”. Na uwagę z pewnością zasługuje także cover przeboju „My Baby Just Cares For Me” doskonale znanego przede wszystkim z wykonania Niny Simone.

Tytułowy „Nobody But Me”, do którego, uwaga, początkowo nie byłam szczególnie przekonana, to w gruncie rzeczy naprawdę miły numer, który z pewnością doskonale spełni się w roli radiowego przeboju. Podobnie zresztą „Someday” zaśpiewane w duecie z Meghan Trainor, którą Michael okrzyknął mianem „najzdolniejszej dwudziestolatki na świecie”. Co ciekawe, współautorem tego utworu jest wokalista zespołu One Direction Harry Styles. Kompozycją autorską, która najbardziej podbiła moje serce jest natomiast otwierająca płytę piosenka „I Believe in You” – Bublé ma w końcu wyjątkowy talent do śpiewania o miłości.

Na koniec zostawiłam moim zdaniem absolutną perełkę.

Utwór, który w wykonaniu Michaela niezwykle mnie poruszył i sprawił, że wyobraziłam sobie łzy wzruszenia, które z pewnością pojawią się w moich oczach podczas słuchania go na żywo. Mowa o „God Only Knows” z repertuaru zespołu Beach Boys. Śpiewany przez Bublé nabrał dla mnie nowego znaczenia.

Warto wspomnieć, że Michael dopieścił swój najnowszy album nie tylko od strony wokalnej. Po raz pierwszy sprawdził się także w roli producenta. Było to z pewnością duże wyzwanie, ale po tym, co do tej pory napisałam chyba nikogo nie zaskoczy, jeśli stwierdzę, że wokalista zdecydowanie mu sprostał. Nic nie poradzę – Michael Bublé to zdecydowanie my kind of boy. A tym albumem po raz kolejny to potwierdza.

Ocena płyty:

Album jest już dostępny w sprzedaży.

Na sklepowych półkach znajduje się wersja standardowa, deluxe oraz vinyl (kolor: czarny i srebrny).