Po sezonowo spadających notowaniach The Weeknd, chwilowej scenicznej nieobecności Tinashe, krytyka za oceanem natychmiast oddała berło pierwszeństwa BANKS i oczekuje, że artystka poprowadzi scenę w nowym kierunku. W świetle komercyjnego i artystycznego sukcesu albumu „Goddess” presja na wokalistkę jest niebywała. BANKS jest jednak introwertyczką stroniącą od blasków reflektorów, a nie pozerem jak amerykańscy koledzy. Poza tym jej utwory są mniej pretensjonalne, a teksty piosenek bliższe są rockowym zamyśleniom niż słodkim historyjkom miłosnym. Dlatego BANKS nie tylko nie stworzyła nowego arcydzieła, ale skryła się za mgławicą dźwięków i słów.

Banks - The Altar - album cover

The Altar” pobrzmiewa niesłychaną szczerością. Wydaje się, że przesłanie, jakie mocno skanduje BANKS, nie jest wyłącznie ukłonem w stronę zagubionych, nieprzystosowanych do realiów współczesnego świata fanów nowoczesnego R&B. Głos artystki nie brzmi jak głos narratora. Brzmi jak podniesiony głos rzecznika sprawy. Siłę tej wypowiedzi wspomagają oszczędnie zaaranżowane, wręcz ascetyczne w formie podkłady stworzone przez duet producentów Tima Andersona i Ala Shuxa. Ani teksty, ani muzyka nie są tu łatwe w odbiorze.

Otwierające album nagranie „Gemini Feed” jest typowe dla nastroju całej płyty. Nakładające się na siebie pętle elektrycznego fortepianu wraz z nienarzucającym się pulsującym beatem stanowi podkład do ciepłego wokalu BANKS. Utwór singlowy „Fuck with Myself” jest mroczny i wyraźnie Banksowy: dudniący bas, napędzająca tempo perkusja, echo, przerażająca BANKS powtarzająca tytułową frazę. W „Mind Games” autorka samokrytycznie wyznaje „zgubiła drogę”, a jej głos brzmi, jakby był o krok od załamania nerwowego. Piąty na płycie „Trainwreck” jest najbardziej zakręcony i bliski dźwiękowym światom Tinashe. Ballada „Mother Earth” jest pierwszym utworem, w którym BANKS po prostu śpiewa. Dla kontrastu w „Judas” wokalistka beznamiętnie opowiada o toksycznej relacji z mężczyzną. „Poltergeist” przeładowana jest dźwiękowymi efektami i syntezatorowymi loopami. 45-minutową Odyseję po krainie beznadziei, bólu i niemożności kończy nagranie „To the Hilt”, przywołujące wizje Björk z soundtracku do obrazu Larsa Von Triera.

Mimo eksperymentalnych ambicji album rozmywa się w brzmieniowych poszukiwaniach. Wprawdzie ambientowe pejzaże, syntezatorowe efekty specjalne i przeplatające się loopy w sposób przekonujący budują nastrój niepokoju i psychozy, ale są jedynie przetworzonymi pomysłami wspomnianych już The Weeknd i Tinashe.

Pewne jest, że BANKS nie chce być nie tylko rzeczniczką młodej, amerykańskiej generacji, ale kogokolwiek innego. Woli zająć się swoimi, często niezrozumiałymi paranojami. Trzeba mieć wiele odwagi, by po epickim „Goddess” stworzyć płytę równie abstrakcyjną, tylko delikatnie skręcającą w krainę pop. Jestem przekonany, że „The Altar” jest koniecznym przystankiem przed obraniem przez BANKS nowego kursu.

Ocena płyty: