Conner Youngblood pochodzi z Dallas, wygląda jak młody Basquiat i nagrywa dla znanej, specjalizującej się w elektronicznych wariacjach i abstrakcyjnym hip-hopie, brytyjskiej wytwórni Ninja Tune. The Generation Of Liftto cholernie inteligentny jam, w którym elektronika miesza się z finezyjnymi dźwiękami jazzu. Płyta mogłaby być nie lada atrakcją spowitego tytoniowym dymem wieczoru poetyckiego w jednym z jazzowych klubów Nowego Jorku albo tonącego w światłach stroboskopów chill-outu.

a3936939486_10

Conner Youngblood to fenomen zarówno w szeregach swojego wydawnictwa, jak także na całej scenie eleganckiej muzyki eksperymentalnej. Jest artystą, który przy pomocy harfy, banjo, perkusji, gitary i kilku zupełnie niespodziewanych instrumentów odświeża na potrzeby współczesnej muzyki folk, czarny soul i awangardowy jazz. Dodatkowego smaczku dodaje eteryczny wokal autora oraz znakomicie brzmiące loopy. Słychać, że ulubieni artyści Youngblooda to Beck, Sufjan Stevens i Gorillaz.

Debiutancka EPka zawiera 6 rewelacyjnych wprost kompozycji zagranych na pełnym luzie z polotem i ze z zdumiewającą swobodą. Bezpretensjonalność i niezwykła inteligencja muzyczna Youngblooda wyznaczają granice jego talentu, który cały czas się rozwija. Conner puszcza do nas wielkie oko wpuszczając w nasze uszy swoje oryginalne pomysły. Jako autor chętnie zagląda w głąb siebie, co u każdego człowieka myślącego jest zajęciem frustrującym. Pisze piosenki bardziej prywatne i mało użytkowe. Za to tak pełne melodii, że pozazdrościć. „T X T N” pamięta się od pierwszego przesłuchania. Pozostałe – już od drugiego czy trzeciego. „The Birds Of Finland” jest pełną czułości, skandynawską refleksją nad przemijaniem, „Diamonds” zabiera nas w czasy melancholijnego disco lat 80., „Stockholm” to delikatna folkowa melodyka, „The Badlands” zionie niewymuszeniem i zrelaksowanym muzycznym pejzażem.

Jego piosenki nie usiłują niczego załatwić na boku, brzmią jak ścinki myśli doświadczonego, pełnego pasji do życia człowieka. Jeśli Conner Youngblood już kogoś małpuje, to najwyżej samego siebie. Proste melodie, wpadające w ucho rytmy i niepospolite, a przecież tradycyjne harmonie zwodzą słuchacza. Najnowsza EPka Amerykanina może służyć jako tapeta, ale docenić jego smak słodowej whisky można tylko w bezwzględnej ciszy, po posiłku. Ta muzyka aż się prosi, by posłużyć za soundtrack do jakiejś filmowej historii, w której kipi od emocji, pełnej ledwie wyczuwalnych tonów, niedopowiedzeń i przemilczeń oraz subtelnie sączącego się erotyzmu. Może do czegoś w reżyserii Sofii Coppoli? Jego miniatury spełniają wymóg dobrej muzyki filmowej: komentują lub podkreślają nastrój, zdolne są przy tym do samodzielnego życia.

Subtelna elektronika, hiphopowy luz, czasami jazzowe improwizacje podane w bardzo przystępny i niepodrabialny sposób. Niby nic, a jednak coś wielkiego, można powiedzieć. Genialna płyta, od której nie sposób się uwolnić.

Ocena płyty: