Eric Clapton swoją pierwszą płytę wydał ponad pół wieku temu. Tak naprawdę jednak jego kariera zaczęła się, gdy w 1971 nagrał inspirowaną irańskim poematem „Laylę” i uczynił z niej światowy przebój. Płyty Claptona z lat 70. „461 Ocean Boulevard”, „Backless”, „No Reason to Cry” czy popularna „Slowhand” – zgrabnie łączyły pop, blues i country, a czasem to nawet swingowało. Swoistą aurę wokół artysty tworzył tryb jego życia – bez publicznych występów, wywiadów i całego tego zgiełku. Z czasem Clapton zaczął się powtarzać, zabrakło świeżych pomysłów, a kolejne płyty zaczęły mijać bez echa. Jeszcze gorszym pomysłem były próby „unowocześniania” jego piosenek.

Najnowsza płyta „I Still Do” to na szczęście renesans naturalnego dźwięku, akustycznie brzmiących instrumentów i pogodnych melodii. Ten powrót słynnego artysty do krainy bluesa jest bardzo nastrojowy, chwilami melancholijny. Przywiązanie Claptona do muzyki Afroamerykanów z południa USA jest powszechnie znane, a jego umiejętności w interpretowaniu tego gatunku nie budzą wątpliwości. Nawet w latach 90., gdy już jako sławny gitarzysta szukał pomysłu na karierę solową, grając pop, na żadnej płycie nie zabrakło bluesa.

Nagrany w Londynie „I Still Do” to zestaw interpretacyjnych „szaleństw” na gitarę, perkusję i chórek. Tym razem jednak nie są to już „kawery kawerów”, jak bywało poprzednio, a tylko „kawery”.  Wśród dwunastu utworów znalazło się też miejsce na dwa znakomite autorskie numery. Nie jest to może dzieło na wieczór przy domowym hi-fi, ale na podróż samochodem – w sam raz.

Mówić, że Clapton wkłada w swój śpiew duszę, to za mało. On wkłada i duszę, i ciało. Jest absolutnym mistrzem w nadawaniu obcemu materiałowi własnego „skrzywienia”. Nawet wychodząc od ograniczonych form, potrafi skonstruować cacko: „Can’t Let You Do It” to najmocniejszy numer na tym albumie. Blisko plasują się „Somebody’s Knockin’” oraz „Stones In My Passway”.

Zmagania z życiem to temat niemal wszystkich utworów na „I Still Do”. Te egzystencjalne rozterki oprawione są w muzykę spokojną, a nawet plastyczną. Słychać w niej głównie elementy snującego się bluesa i soulu, ale są też bardziej pogodne rytmy muzyki popularnej („Catch the Blues”). Gitarowe solówki lidera podporządkowane są wyważonemu brzmieniu całości płyty. Strona wokalna, jak zwykle na płytach tego artysty, dyskusyjna, ale nie można mieć wszystkiego. To nie jest tak, że Clapton „śpiewa, jak ptak śpiewa”. Żaden ptak nie śpiewa do utraty tchu. Nie wystarczy też powiedzieć, że „on tak ma”. Nikt tak nie ma. Eric Clapton – jak przystało na prawdziwego, wielkiego artystę – każdą nutę wyciska z siebie z wielkim wysiłkiem. Kolejny znakomity album Wielkiego Interpretatora.

Ocena płyty: