Po czterech latach od znakomicie przyjętego albumu Franka Oceana „Channel Orange”, w końcu światło dzienne ujrzał najnowszy „Blond”. Artysta przed jego premierą zastosował specyficzną taktykę, bowiem zwodził, powściągliwie zachęcał, a wręcz drażnił się ze swoimi fanami, jeśli chodzi o informacje na temat płyty, a w szczególności daty jej premiery. Z każdym kolejnym miesiącem, rokiem presja była coraz większa. Ile było w tym wszystkim przypadku, a ile strategii? Teraz wydaje się to już mniej ważne, bardziej istotne jest pytanie czy te lata oczekiwania zostały fanom zrekompensowane?

Frank Ocean Blonde cover

Artysta, niespodziewanie, wydał aż dwa albumy w krótkich odstępach czasu. Jednym z nich jest album „Blond”, składający się z 17 utworów trwających prawie godzinę. Frank Ocean podtrzymał swoją reputację i markę. „Blond” utrzymuje poziom „Channel Orange”, ale nie stanowi jedynie jego kontynuacji. Najnowszy album to wyjątkowa mieszanka wielu muzycznych inspiracji utrzymanych w nowoczesnym stylu tworząc spójne spektrum.

Na charakter brzmienia wpływ mają także muzyczni goście: James Blake („White Ferrari”), Andres 3000, Kendrick Lamar, Beyonce, a także osoby współpracujące przy produkcji, m.in.: Bob Ludwig, Joe Visciano, Mike Dean. W utworach wykorzystano sample „A Fond Farewell” Elliotta Smitha i „Here, There, and Everywhere” The Beatles.

Każde dźwięki są przemyślane i konsekwentne. Brzmienia, w niektórych piosenkach są dosyć oszczędne, dzięki czemu wokal Franka Oceana wybija się na prowadzenie. Gitara dodaje swoistej surowości, która często łagodzona jest elektronicznymi i futurystycznymi brzmieniami. Dzięki czemu album posiada specyficzny, kameralny klimat. Najlepszym tego przykładem jest brawurowy utwór „Self Control”.

Frank Ocean zachował pewną młodzieńczość przekazu, przy jednoczesnym zachowaniu głębokiej wrażliwości i empatii. Album posiada bogate tło, dlatego zachęcam do jego odkrywania.

Ocena płyty: