Miles Davis był nieprzewidywalny w swych zachowaniach i gdyby Robert Glasper odważył się dokonać własnych miksów z utworów mistrza i nagrać „Everything’s Beautiful”  jeszcze za jego życia, reakcje mogły być tylko dwie: komentujące – Ty sk… albo wyciągnięta po bratersku piątka.

160309_eb_cover

Niegdyś Teo Macero (wieloletni producent) zapłacił za błąd w nagraniach ponadrocznym milczącym lekceważeniem ze strony Davisa. Ale pamiętajmy też, że sam Davis zrobił już wcześniej kolaż z własnych fraz, gdy na płycie „Jack Johnson” zacytował fragment z „In A Silent Way” z cudownie ułożonym duetem trąbek. Glasper mógł więc odczytać to jako wyzwanie i pójść za ciosem. Przekonał wszystkich, że zna, rozumie i, co najważniejsze, kocha muzykę Davisa. To dało mu mandat do manipulowania w cacuszkach, które stały się przecież świętością. Wybrał złotą jedenastkę tematów Davisa i obrobił je po swojemu, skracając, przestawiając i formując z oryginalnych materiałów współczesne tło.

Nowe aranżacje zachwycają nie tylko dlatego, że nawet najdrobniejsze fragmenty Davisa są absolutnie piękne, ale i dlatego, że uświadamiamy sobie, jak wiele ze współczesnych dźwięków tkwiło już wówczas w muzyce. Celnie ułożone motywy są esencją z najgorętszego okresu Davisa wyrażonego teraz zupełnie innym językiem.

Robert Glasper uważnie wysłuchał wypowiedzi zaproszonych do nagrania płyty muzyków, zasymilował zaproponowane przez nich elementy, uszlachetnił formy kompozycji, nie tłumiąc ich inwencji. Dewizą gry Glaspera i jego gości stała się kontrolowana wolność wypowiedzi przejawiająca się w eksperymentowaniu z polirytmią, wtrętami abstrakcyjnymi i atonalnymi, rozwojem struktur modalnych – z hardbopowego szkieletu Davisa niewiele zostało.

Na hasło „Everything’s Beautiful” zareagowali nie tylko ci, co jazzują na co dzień, ale przede wszystkim ci, których byśmy o to nigdy nie posądzili. Erykah Badu w „Maiysha (So Long) podśpiewuje sobie bezceremonialnie na tle podkładu niczym z „Moon SafariAir. Phonte swobodnie hiphopuje w „Violets”, a Nai Palm z kwartetu Hiatus Kaiyote zawodząc w „Little Church” wprowadza nas w świeży, wiosenny nastrój. Wreszcie Ledisi przewrotnie traktuje funkowy „I’m Leaving You”. Na zakończenie pojawia się fragmencik popisu Steviego Wondera, który elegancko dogrywa na harmonijce partie do „Right On Brotha”. I tak niezobowiązująco kończy się płyta pachnąca dobrą muzyką, jazzem, luzem.

Gdy słuchamy zaproszonych na „Everything’s Beautiful” gości podejrzewamy ingerencję sił nadprzyrodzonych, ale właśnie na tym polega cała magia jazzu. Kierowani intuicją geniusza uczniowie grają i śpiewają jak z nut. Kruszą bronione przez ortodoksów rubieże czystego jazzu. Nie są to pierwsze salwy, jakie oddali poszukiwacze nowych krain, nie podbitych jeszcze przez jazz, jednakże pod wodzą Glaspera atak frontalny ma niesamowitą siłę rażenia – techniczną i psychologiczną. Każdy ze składu ruszającej do boju drużyny, jeżeli jeszcze nie posiadał odznaki strzelca wyborowego, to właśnie po tych manewrach ją uzyskał.

Fani obrazoburczych eksperymentów Glaspera poczują się pewnie zawiedzeni, że przekroczył granicę, której ze względów dżentelmeńskich i formalnych przekroczyć nie wolno. Tak, może być pewien, że kiedyś Davis poklepie go swojsko po ramieniu.

Ocena płyty: