O Davidzie Gilmourze, porażkach artystycznych i najlepszym festiwalu jazzowym w Polsce rozmawialiśmy z dyrektorem artystycznym Jazzu nad Odrą.

Często bierze Pan „na warsztat” polskich klasyków; Chopin czy Komeda. Dzięki Pańskim interpretacjom ich utwory mogą trafić do większej liczby odbiorców, czy taki był Pański cel?

Skoro urodziłem się Polakiem to naturalną potrzebą jest pielęgnowanie naszego polskiego dorobku i chęć dołożenia jeszcze czegoś od siebie. Dzisiaj młodzież na jam sessions grywa tematy Komedy i uważam to za wspaniałe zjawisko. Musimy jeszcze trochę popracować, żeby do potocznego obiegu dostały się kompozycje Namysłowskiego, Ptaszyna Wróblewskiego czy Stańki. Z mojego doświadczenia wynika, że wspólne muzykowanie oparte na narodowej tradycji wzmacnia duchowo i odświeża energetykę. Elementy kultury wypracowane przez nasz naród stają się wspólnym zasobem całej ludzkości dlatego trzeba je pielęgnować oraz równocześnie przyswajać sobie osiągnięcia innych kultur, bo naturalną potrzebą każdego muzyka jest poszukiwanie piękna.  Chopin może nie jest jazzmanem, ale jego muzyka czerpie z polskiej tradycji ludowej i zawiera w sobie jej osiągnięcia, choćby charakterystyczny element „rubato” wywodzący się z tańca. Muzykant obserwując tancerza grał tak, żeby po wyskoku w górę mocna część taktu przypadła na moment lądowania na ziemi. To powodowało charakterystyczne zawahania rytmiczne we frazowaniu. Dokładnie tak samo dzieje się na klawiaturze, im mocniejszy akcent staccato jest realizowany prawą dłonią, tym wyżej dłoń wybija się ponad klawiaturę i przez to dłużej czekamy na mocną część taktu.  Rubato stało się już swego rodzaju językiem, ma swoją naturalną grawitację, ale zasady jego realizowania są niezrozumiałe na przykład dla Japończyka. Dlatego Japończycy przyjeżdżają się uczyć grać Chopina do nas, do Polski. Moja działalność jest więc naturalnym działaniem kogoś, kto akceptuje swoje korzenie. Nie gram tylko muzyki polskiej ale lubię ją grać i mam potrzebę jej uprawiania.

Festiwal Jazz nad Odrą to duże przedsięwzięcie, nagrodzone nagrodą Jazz Forum jako najlepszy jazzowy festiwal w Polsce. Jak Pan myśli, co sprawiło, że właśnie to ten festiwal otrzymał ten tytuł?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, Jazz Nad Odrą wygrał w głosowaniu publiczności, a demokracja ma swoje tajemnice których nie jestem w stanie zgłębić tym niedużym rozumkiem, który akurat mam do dyspozycji. Na pewno podczas festiwalu panuje wspaniała atmosfera, udaje się wytworzyć szczególną aurę. Wrocławska publiczność umie docenić dobrą muzykę i artyści to czują. Polska publiczność jest rzeczywiście bardzo dobrą publicznością.

Przeszedł Pan niezwykłą metamorfozę od skromnego, nieśmiałego chłopaka do gwiazdy estrad europejskich. Co sprawiło, że Pański image zmienił się aż tak bardzo i który Leszek Możdżer jest tym prawdziwym?

Nie widzę jakiejś szczególnej różnicy jeżeli chodzi o moją pracę, zmieniło się tylko tyle, że zamiast jeżdzić pociągami latam samolotami i zamiast siedzieć przy odrapanym pianinku siedzę przy wypucowanym fortepianie. Generalnie pracuję ciągle tak samo tylko mam trochę droższe narzędzia niż kiedyś. Myślę, że żaden Leszek Możdżer nie jest prawdziwym Leszkiem Możdżerem bo dopiero od rodziców dowiedziałem się, że tak właśnie się nazywam. Staram się nie utożsamiać z literami własnego nazwiska tylko poszukiwać esencji swojego istnienia, która z jakichś powodów jest ukryta. Mam wrażenie, że żyjemy w jakimś cywilizacyjnym zniewoleniu i staram się znaleźć sposób na wzbudzanie radości, bo przez radość można wrócić do poczucia wolności. Dobra muzyka zawsze zawiera w sobie radość i tego właśnie szukam i być może dlatego ludzie na całym świecie chcą mnie słuchać.

Czy widzi Pan szanse na to by w obecnych czasach powstały płyty, które zmienią oblicze jazzu?

Oblicze jazzu ma zawsze twarz ludzi którzy go uprawiają. Dopóki artyści będą poszukiwali piękna to jazz będzie miał się dobrze. Jestem przekonany, że oblicze jazzu będzie się ciągle zmieniało, nie da się zatrzymać tego procesu.

Jak doszło do Pańskiej współpracy z Davidem Gilmourem, jak Pan ją wspomina i co Pan z niej zapamiętał najbardziej?

Gilmourowi polecił mnie Zbigniew Preisner. To właśnie Preisnerowi David zaproponował zrobienie orkiestracji na swojej płycie. Zrobiliśmy robocze nagranie w Krakowie na które przyjechał David Gilmour, poznaliśmy się w studio, ja wtedy intensywnie współpracowałem z Preisnerem, który miał do mnie zaufanie i zaproponował, żebym zrealizował partię fortepianu. Tak się też stało. W studio w Londynie poznałem Phila Manzanerę, producenta płyt Davida Gilmoura. Phil z kolei zaprosił mnie do nagrania swojej płyty. Mnóstwo nauczyłem się i od Preisnera i od Gilmoura i od Manzanery. Ze współpracy z Gilmourem najbardziej zapamiętałem jego perspektywę widzenia przemysłu muzycznego.  David Gilmour mówił mi, że pogoń za karierą nie ma sensu. Kariera jest obciążeniem i jeżeli już przyjdzie to trzeba ją pokornie nieść. Jego mądrość pomogła mi zmienić własną postawę i zapoczątkowała szereg zmian które stopniowo wprowadzałem w swoje życie.

Ścieżki Tymona Tymańskiego i Pańska ułożyły się inaczej. Zdaje się, że Tymon nie odniósł oczekiwanego sukcesu zarówno artystycznego jak i komercyjnego. Pan natomiast chyba spełnił się jako muzyk w obu tych aspektach?

Tymon dysponuje niezwykle błyskotliwym umysłem, w zasadzie jest geniuszem ale być może podświadomie wie to, co Gilmour i dlatego sam siebie sabotuje. Oprócz tego, że jest muzykiem to przede wszystkim jest ojcem i najprawdopodobniej to pomaga mu utrzymać wewnętrzną równowagę. Dusza, która ma tendencję do abstrakcji musi się w jakiś sposób uziemiać, bo przebywa w ciele fizycznym i Tymon znalazł na to swój sposób. Umiejętnie ucieka od wielkiej kariery po to, żeby spokojnie realizować swoje wewnętrzne cele. Ja akurat idę inną drogą, ale też mam swoje problemy, które nota bene coraz mniej osób jest w stanie zrozumieć.

Jako muzyk światowej klasy jakie wskazówki dałby Pan początkującym pianistom?

Wyobrażać sobie swoją własną muzykę i dopiero wtedy ją grać.

Co uznaje Pan za swoją największą porażkę artystyczną?

Podczas każdego koncertu przeżywam dziesiątki albo i setki artystycznych porażek. Każdy nietrafiony klawisz jest moją artystyczną porażką. Ale rozpamiętywanie porażek jest grą Ego, jest samolubne i egoistyczne. To ja się pomyliłem, to znowu ja, ja i jeszcze raz ja. Rozpamiętywanie porażki jest sposobem Ego na utrzymywanie się w centrum uwagi. Tymczasem Ego to zwierze pociągowe, które ma pracować, dążyć do sukcesu, zabezpieczać się przed porażkami, bać się i zdobywać nowe terytorium. Uzyskanie duchowej perspektywy jest konieczne do tego, żeby używać Ego we właściwy sposób. Dlatego dużo pracy wkładam w uzyskanie duchowej perspektywy. Duchowa perspektywa sprawia, że porażki stają się elementami ozdobnymi.

Kto zaszczepił w Panu miłość do tworzenia tego typu muzyki?

Mój ojciec Józef Możdżer, Tymon Tymański, Zbigniew Namysłowski, Zbigniew Preisner, Janusz Muniak, Tomasz Stańko, Arthur Blythe, Pat Metheny, Jan AP Kaczmarek, Piotr Wojtasik, Eryk Kulm, Phil Manzanera, David Gilmour, Adam Makowicz i inni.

Kogo możemy się spodziewać na kolejnej odsłonie Jazzu nad Odrą?

Dopiero co skończyła się 52. edycja tego festiwalu, mam już zapisaną całą kartkę A4 z nazwiskami, ale najpierw muszę przedstawić swoje propozycje Radzie Artystycznej festiwalu Jazz Nad Odrą i wspólnie będziemy podejmować decyzje. Życie też na pewno podsunie nam jakieś wspaniałe artystyczne propozycje. Festiwal Jazz Nad Odrą ma ponad pięćdziesiąt lat i jest już swoistą chmurą energetyczną, jest polem informacji o sużej mocy, wystarczy tylko nie przeszkadzać, a wszystko powinno się udać.

Dziękujemy za rozmowę.