Zakończyła się kolejna edycja Ery Jazzu. Zeszłorocznym finałem Stacie Kent oczarowała, jednak tegoroczny koncert China Moses rozniósł poznańską operę na strzępy. Na szczęście tylko metaforycznie.

Zaczęło się chwilowym opóźnieniem, ale jak powszechnie wiadomo kobietom się wybacza. Pierwsze dwa utwory były rekonesansem, czy publiczność potrafi klaskać i czy tak naprawdę przyszli posłuchać, a nie po prostu przyszli bo ktoś znany przyjechał. Udało się! Sami swoi, czas zacząć wielkie show!

China Moses02

Ciekawy byłem czy repertuar będzie pochodzić z ostatnich dwóch płyt, czy też China zaskoczy czymś nowym. Ha! Jakby czytała w moich myślach. Większość to były premierowe, nie ciepłe a parzące utwory z nadchodzącej płyty. Stylem odchodzące od typowego bluesa, do którego już nas przyzwyczaiła. Historia repertuaru wygląda następująco: panna Moses przygotowała listę 25 coverów, po czym spotkała się w swoim mieszkaniu w Paryżu z producentem, aby wybrać te najlepsze na nowy album. Lista poszła w odstawkę bo postanowili poeksperymentować i stworzyć coś własnego. Tak oto napisali 11 piosenek w…5 dni i nocy! Zostaliśmy uprzywilejowaną publiką, która miała szanse posłuchać większości z nich. „Whatever” trochę kojarzyło mi się z Jill Scott (ale nie mam tu na myśli Jillowego utworu pod tym samym tytułem). Wpadające w głęboki soul kawałek pokazał, że China idzie w bardziej nowocześniejszą czerń, a „Hangover” uzewnętrzniło kabaretowy talent artystki. Groteskowy utwór zagrany aktorsko był momentem przełomowym koncertu, wtedy to słuchacze totalnie się rozluźnili i oddali klimatowi. Cover Janis Joplin „Move over”, z ostatniej płyty tylko podkręcił tempo, a „Dina’s blues” z pierwszego albumu zakręcił totalnie. Miałem wrażenie, że zupełnie przypadkowo wokalny kunszt odstępuje od śpiewania dając popis instrumentalistom, bo po prostu coś nie styka. Jakże się myliłem. Chodziło o pokazanie jakich muzyków ma ze sobą córka wielkiej Dee Dee Bridgewater. A ma ich nietuzinkowych. Basista pełen luzu, saksofonista z płucami słonia, perkusista gibki i zwinny jak pantera i klawisz, trochę wycofany ale perfekcyjnie zaskakujący w najmniej oczekiwanych momentach. Tak. Zgrany zespół, gdzie głos jest elementem a nie motywem przewodnim.

China Moses01

Nie było innego wyjścia jak bisy. Szybkie zejście ze sceny było jednoznaczne z powrotem. nie wiem dlaczego zamiast uspokoić, a artyści często na bisach eksplodują jeszcze bardziej. Pierwszy utwór był pełnym energii soulowym kawałkiem, który (jeszcze) nigdy nie został nagrany przez Moses i jej team. Drugi, ostatni tego wieczoru numer to spełnienie marzeń wokalistki. Nikt chyba sie nie spodziewał, że pragnęła ona jako dziecko…napisać swój własny miusical. I to opowiadający o historii zbliżonej do…”Desperate housewives”. Totalne szaleństwo. Jazzująco swingujący kawałek, humorystycznie opowiadający o trójkącie dopełnił całości. Żal było wychodzić, ale warto teraz czekać na nadchodzący album „Breakin point”. Warto, bo tytułowa piosenka to historia prawdziwa… Ale to już sami sobie posłuchacie, nie będę Wam zdradzać tej zagadki.