Okrutnie zazdroszczę jej facetowi i pewnie nie ja jeden. Każdy chciałby zasypiać przy takiej kobiecie – nie dość, że coraz piękniejszej, to jeszcze obdarzonej zniewalającym głosem. Szczęśliwy los w postaci Adele wyciągnął już Simon Konecki. Nam, panowie, pozostaje ulegać jej urokowi jedynie przez sprzęt stereo.

Od wydania jej ostatniej płyty „21” minęły 4 lata. Świadoma faktu, że na polu krystalicznie czystego damskiego popu mało kto jest w stanie jej zagrozić, jako artystka nie spędziła tego czasu zbyt aktywnie. Poświęciła się rodzinie, urodziła dziecko i tylko od czasu do czasu dawała się namówić na gościnne występy („Skyfall”). Ryzykowny odpoczynek opłacił się. Raz, dlatego że choć przez te cztery lata na scenie pojawiło się kilka interesujących wokalistek, żadna nie zatrzęsła popowym światem tak skutecznie jak Adele. Dwa – słychać, że dziś Brytyjka powraca wypoczęta, szczęśliwsza, pełna werwy i entuzjazmu.

Niestety. Babcia kotka zagłaskała, miało być super, a wyszło za dobrze. No, bo wszystko na „25” jest piękne – Adele ładnie śpiewa, piosenki brzmią perfekcyjnie, ale czegoś tu brakuje. Na pewno nie brakuje przebojów, bo „25” rozbite na single spokojnie może liczyć na wielką popularność radiową. Ten album jest konsekwentnym krokiem na drodze Adele, która trzyma się sprawdzonej muzycznej formuły.

Jest jednak coś w tej płycie, co sprawia, że nie ma się do niej entuzjazmu. Może to teksty – wydumane i groteskowe. Może to zbytnia dbałość o brzmienie, które zgubiło gdzieś duszę. Może to nieudane, zbyt oszczędne ballady, którym brakuje spójności z resztą albumu.

25” przynosi 11 kompozycji trwających w sumie niecałe 50 minut. Płyta jest, niestety, zbyt daleko posuniętym kompromisem mającym na celu przyciągnąć jak najszerszą rzeszę słuchaczy. Mamy typowy dla Adele, ale niebywale staromodny epicki pop, który przypadnie do gustu raczej mniej wybrednym starym fanom. Ta formuła została jednak dawno wyeksploatowana przy okazji „Skyfall”.

Adele śpiewa  pięknie i cierpi w wyśpiewywanych miłosnych dramatach, jak należy (singlowe „Hello”). W bardzo udanych utworach soulowych wokalistka raz jest jak drapieżna kocica („I Miss You”), innym razem jak spragniona przytulania kotka („When We Were Young”). Zaskoczenie przynosi kompozycja „River Lea”, której gospelowe chórki nadają niezwykłej mocy. Za to ballady na głos i fortepian („Love In The Dark”, „All I Ask”) to tylko cukierkowa namiastka prawdziwego, dawnego liryzmu Adele.

Jeżeli ostatni utwór na płycie brać za zapowiedź przyszłych dokonań artystki, to następny album Adele będzie dużo lepszy. Najładniejsza, zaśpiewana w stylu country „Sweetest Devotion” ma bowiem to ciepło, którego na całym wydawnictwie zabrakło.

Na „25” mamy starą, znaną już z poprzednich płyt Adele treść, przyobleczoną w nowe opakowanie. Momentami słychać przebłyski naprawdę Wielkiej Muzyki, ale jak na wykonawcę klasy Adele to trochę za mało. Mam wątpliwości, czy ten album w całości przetrwa próbę czasu.

Ocena płyty: