To był wieczór, gdzie wszelkie terytorialne, a przede wszystkim muzyczne granice nie istniały! Koncerty Leszka Możdżera z przyjaciółmi i Marcusa Millera z zespołem na warszawskim Torwarze utwierdziły w przekonaniu, że dla prawdziwych artystów ograniczenia są zbędne.

Wieczór rozpoczął się blisko kwadrans po 19:00, kiedy to na scenie pojawili się Leszek Możdżer, Lars Danielsson i Zohar Fresco. Panowie nieczęsto ostatnio wspólnie koncertują, co sprawiło, że ich nastrojowy występ był nie lada gratką. Obok ujmującego „Edenu” i dość zakręconej wersji „Easy Money”, punktem kulminacyjnym był gościnny udział Zbigniewa Namysłowskiego, z którym trio zagrało wybrane przez Możdżera utwory „Letters Never Sent”, pochodzące z płyty „Secretly & Confidentially” z 1993 roku oraz klasyczną i wbrew tytułowi – nie taką smutną „Very Sad Bossa Novę”, która przyniosła także krótki popis grania swingu. Zbigniew Namysłowski zażartował, że Leszek specjalnie wybrał te utwory, gdyż są dość łatwe, bądź też kluczem przy wyborze była pamięć pianisty. Tak zakończyła się pierwsza część koncertu. Drugą rozpoczął Marcus Miller ze swoim zespołem: Adam Agati  (gitara), Alex Bailey (bębny), Brett Williams (klawisze), Alune Wade (drugi bas), Marquis (trąbka), Alex Han (saksofon) oraz Mino Cinelu (instrumenty perkusyjne). Zespół zaprezentował materiał z płyty „Afrodeezia”, poczynając od surowego, acz mocno rozimprowizowanego „Hylife” oraz spokojniejszego, nastrojowego „B’s River”. Ten drugi Miller rozpoczął od akompaniamentu na gimbri, zaś punktem kulminacyjnym numeru okazało się niesamowite solo Cinelu na trójkącie i kongach. Kolejno zespół zagrał porywającą i mocno funkową wersję „Papa Was A Rolling Stone”, poprzedzoną opowieścią Marcusa o genezie najlepszej linii basu, pochodzącą z nagrań wytwórni Motown. Początkowo muzyk myślał o „My Girl” z repertuaru The Temptations. Ostatecznie zdecydował się właśnie na „Papa Was A Rolling Stone”. Następnie Miller zaprosił na scenę Namysłowskiego i Możdżera, z którymi wykonał Kujaviak Goes Funky” z 1975 roku. I choć Marcus przyznał, że nie zna Kujawiaka, to tytułowy taniec stał się punktem wyjścia do chwilami luźnej, a gdzie indziej zwartej funkowej improwizacji. Kolejny utwór poprzedziła przejmującą opowieść Marcusa o więzieniu w Senegalu, z którego w morze wysyłani byli niewolnicy. Z jednej strony to utwór o tragicznych wydarzeniach, a z drugiej – jest celebracją życia  teraz i tu. I dokładnie tak zabrzmiał „Goree (Go-ray)”. Najpierw spokojnie i melancholijnie, a następnie radośnie i energetycznie z apogeum w postaci obłędnej solówką Alexa Hana na saksofonie. Karaibski klimat przywołał natomiast bardzo żywy „Son Of Macbeth„, w którym Marcus dał się ponieść bujającym rytmom i… zaczął tańczyć. Tak zakończyła się zasadnicza część koncertu. Muzycy wywołani na bis zagrali eksplodującą i porażającą wersję „Blast”, z licznymi popisami solowymi poszczególnych instrumentalistów, w tym grą na dwa basy Marcusa i Alune’a Wade’a. I choć zabrakło „Tutu”, czy „Jean-Pierre” z repertuaru Milesa Davisa, to koncert okazał się celebracją muzyki, mieniąc się feerią rozmaitych barw, dźwięków i nastrojów.

Miejmy nadzieję, że Marcus Miller powróci jeszcze do naszego kraju z tym programem, bo po raz kolejny udowodnił, że jest artystą nietuzinkowym, poszukującym, a przede wszystkim ekspresywnym i kreatywnym.