Do tego typu materiału można odnieść się w bardzo różny sposób. Wszystko zależy od tego, kto słucha, jak bogaty bagaż wiedzy i doświadczeń posiada w tym zakresie oraz – przede wszystkim – czego w muzyce szuka. Dla jednych będzie to więc „wyjątkowa płyta z kategorii Great American Songbook”, dla drugich – zestaw coverów wykonanych w czasem zaskakujący sposób; z kolei jeszcze inni odnajdą tu niewiele więcej, niż zbiór nieco już ogranych patentów aranżacyjno-wykonawczych Krzysztofa Herdzina –  o ile wpierw nie wytoczą błyskotliwego walca refleksji dotyczących np. „braku ducha oryginału” czy też „zbędnego przekombinowania”.

Projekt „Piosenek Wczorajszych” zrodził się – jak wiele kooperacji w świecie muzyki – przypadkiem, za sprawą występu w Trójkowym Studio im. Agnieszki Osieckiej. Mieczysław Szcześniak i Krzysztof Herdzin doszli do wniosku, że warto zaprezentowaną ówcześnie próbkę przekuć w cały album, poświęcony prawdziwym klasykom, wielkim przebojom, często o ważkim humanistycznym przesłaniu, lub po prostu piosenkom zapalającym żarówki nad głową nawet tych, którzy z melomanami (czy też smakoszami popkultury) stoją raczej na przeciwnych biegunach. Z ponad trzydziestu propozycji utworów na album trafiło dwanaście (z autopsji wiem, że takie wybory nie należą do najłatwiejszych). Ich oryginalni wykonawcy to bez cienia wątpliwości światowy kanon szeroko pojmowanej muzyki popularnej – by wymienić tylko Lennona, Wondera, Claptona czy Armstronga. Ważniejszy jednak wydaje się fakt trwałego zapisania się tych wszystkich piosenek w kulturze popularnej, dzięki licznym wersjom innych artystów, dokonywanych całościowo, ale też w postaci fragmentarycznej (np. samplowane fragmenty). Liryczny klucz zawarty w tekstach można zamknąć w kilku nadrzędnych hasłach: człowiek, miłość i jej oblicza, a także kondycja świata i rozważania nad nim.

Mieczysław Szcześniak najbardziej kojarzy się ze słowami pop, funk, soul, gospel – i rzeczywiście, elementy wszystkich tych stylistyk wypełniają „Songs from Yesterday”. Spina je jazzową klamrą drugi bohater tego albumu, Krzysztof Herdzin, pianista i aranżer całości, któremu zwyczajowo towarzyszą Robert Kubiszyn na kontrabasie i Cezary Konrad na perkusji. Dwanaście coverów serwowane nam przez obu liderów, jest mocno przefiltrowane przez ich wrażliwość, więc jako słuchacze będziemy często zaskakiwani – zarówno przyjemnymi detalami (nieoczekiwany promień światła – ostatni akord w „Yesterday”), jak i potraktowaniem całości (np. „Ribbon in the sky” eterycznie zagrany palcami na strunach fortepianu).

Do promocji albumu wybrano „This is not America”, pamiętne świadectwo współpracy Dawida Bowiego z Pat Metheny Group. Utwór znalazł się w filmie „The falcon and the snowman” i doczekał się wielu wydań i wersji. Na „Songs from Yesterday” to niewątpliwie jedna z ciekawszych pozycji – stonowana, niespieszna, z Herdzinem także w roli głosu towarzyszącego.

Mocnym punktem jest cover Whitersowskiego „Lovely day”, podbarwiony jazzowym drivem i okraszony zwięzłą, nośną solówką fortepianu – ot, taka muzyczna „pigułka afirmująca”. Godną reprezentację zyskali artyści rockowi: The Beatles (kameralne „Yesterday” versus pełne bigbandowego rozmachu „Can’t buy me love”), i John Lennon (otwierające całość, oddychające „Imagine”) oraz The Rolling Stones i Eric Clapton, których Herdzin postanowił ubrać w metra trójdzielne. I tak, „Satisfaction”, z rockowego buldożera stadionów stało się bluesową slowrockową balladą,  podobnie jak „Tears in heaven” – tyle, że ten akustyczny klasyk otrzymał tu gospelową, bujającą żarliwość, a przy okazji zyskał nowy rodzaj szczerości przekazu.

Stevie Wonder został przywołany również dwukrotnie: w płomiennym, kunsztownym „My Cherie Amour” oraz „atmosferycznym” „Ribbon in the sky”, gdzie królują struny (szarpane i w kontrabasie, i w fortepianie). Inni czarni wykonawcy, którzy znaleźli miejsce w omawianym zestawie to Marvin Gaye (shuffle’ujący, energetyczny protest-song „What’s going on”) oraz Louis Armstrong (sentymentalne „What a wonderful world” jako pretekst do stworzenia rasowej jazzowej ballady; czy jednak potrzebny był tu ten stopień skomplikowania? – rzucam pytanie w przestrzeń). Sam fortepian Herdzina towarzyszy Szcześniakowi w innym klasyku „Alfie” (autorstwa duetu Burt BacharachHal David, obecnym w filmie z 1966 roku). Tym samym wokalista i pianista dorzucili swoją cegiełkę do zaskakująco długiej listy wykonawców tego utworu (kilkadziesiąt nazwisk, w tym Cilla Black, Cher i Dionne Warwick).

Mieczysław Szcześniak zaśpiewał ten materiał naprawdę wybornie – z dużą dozą swobody, dbałością o szczegóły, elastycznie i  świadomie, pięknie balansując pomiędzy rejestrami, wszystkim wykonaniom nadając szlachetny rys indywidualności. Cóż, on to po prostu umie. „Songs from Yesterday” z pewnością stanie się wyrazistym punktem w jego zróżnicowanej dyskografii.

Zaryzykujmy twierdzenie, że to album perfekcyjny – szczery, zniuansowany, przemyślany pod względem wyboru i konceptu całości, brzmieniowo wygładzony przez Rafała Smolenia. Jednak perfekcjonizm bywa też zgubny i może zacząć nużyć. Krzysztof Herdzin przyzwyczaił nas do odważnych produkcji na wysokim poziomie, na brzemieniu których – najczęściej jako lider, pianista i aranżer – odciska swoje wyraźnie słyszalne piętno. Jego sposób postrzegania harmonii (układy akordów, typowe i mniej typowe rozwiązania,  pewna „filozofia (re)harmonizacji”, którą wyznaje), a także tkanka rytmiczna i paleta rozwiązań fakturalnych – czyli to wszystko, co składa się na jego indywidualny styl – powoduje u mnie od jakiegoś czasu nieustający dysonans. Coś pomiędzy ciekawością nowych projektów a zmęczeniem materiału po pierwszych przesłuchaniach. Gdzieś przewija się brak umiaru (np. solo w „What’s going on” zdaje się w pewnym momencie sugerować, że to raczej kolejna płyta Krzysztof Herdzin Trio), a gdzieś indziej – aranżacyjne odcinanie kuponów („Satisfaction” przypomina połączenie „Psotnej Loli” Katarzyny Groniec z autorskim „Keeth and his teeth”). Inna sprawa, że w składzie z kontrabasem i perkusją świata się nie zbawi…

Jak sądzę, niewielu z Państwa ma skompletowaną autorską dyskografię Krzysztofa Herdzina – tym samym słowo „przesyt” nie będzie odmieniane przez wszystkie przypadki, a „Songs from Yesterday” pozostanie w odbiorze tożsamy z poniższą laurką wystawioną przez wytwórnię Sony:

„Wykonania duetu Szcześniak – Herdzin często dalece odbiegają od oryginałów, ale za każdym razem do historii muzyki popularnej odnoszą się z wielkim szacunkiem. (…) to z jednej strony hołd złożony wykonawcom światowego formatu, z drugiej spotkanie dwóch znakomitych artystów, którym muzyka daje ogromną radość”. Pozostaje nam tylko cieszyć się wraz z nimi.