Niektórzy nazywają tę muzykę retro bluesem dla ubogich duchem. Ale równie dobrze możemy mówić o solidnej pop music dla wyrafinowanych. Lana Del Rey to czołowa przedstawicielka indie-rocka, która szczególną popularnością cieszy się w Stanach Zjednoczonych. Jej dotychczasowe dokonania, mimo entuzjastycznych przyjęć, to raczej gościnne udziały na swoich płytach. Wokalistka często brzmiała fałszywie, i tylko dzięki doskonałym producentom, w jej plastikowym śpiewaniu można było doszukać się odrobiny natchnienia.

Nie inaczej jest przy okazji „Honeymoon”, na którym dominują melancholijne klimaty w bardzo umiarkowanym tempie. Producentami są Rick Nowels i Kieron Menzies i to ich instrumentarium odgrywa dominującą rolę. Cała płyta balansuje pomiędzy kompleksową, nowoczesną i inteligentną produkcją a zabawą z konwencjami zbliżającą się nader często do granicy kiczu czy autoparodii. Płytę otwiera szeptany utwór tytułowy, w którym Lana mruczy aż miło. I tak do końca trwania płyty – godzina mamrotania o nieszczęśliwej miłości. Jedynie „High By the Beach” jest w stanie wywołać dreszcze. Szkoda.

W całości jakby trochę więcej jazzu niż na poprzednich krążkach, ale nie należy się nastawiać na porywające interpretacje. To tylko Lana Del Rey w kolejnym, solidnie wykonanym zadaniu z kontraktu.

Ocena płyty: