The Weeknd a właściwe Abel Tesfaye obok Eda Sheerana jest w ostatnich latach bezsprzecznie najważniejszym męskim autorem popowym. Wypłynął na fali wyrafinowanego gustu muzycznego współczesnych dandysów, poszukujących w dźwiękach snobistycznego romantyzmu. Od razu zachwycił swoimi kompozycjami i tekstami, które opowiadają przeróżne historie w sposób niebywale oryginalny i poruszający.

„Beauty Behind the Madness” – drugi studyjny album kanadyjskiego artysty doskonale wpisuje się w trwale już chyba modną na świecie hipsterską, alternatywną wersję R&B. Większość kompozycji oscyluje wokół stylu wypracowanego przez Miguela i Franka Oceana. Podstawowa różnica polega na tym, że Miguel ma w sobie jakieś wojownicze licho, Ocean gra muzykę raczej nocno-klubową, The Weeknd tymczasem to propozycja „koktajlowa” (trochę się rozerwiemy, odnowimy stare znajomości muzyczne, może nawet powspominamy Prince’a). Czternaście piosenek bez pretensji do czegokolwiek, pop w czystej postaci, bardzo elegancki i cholernie melodyjny. Towar, na który jest popyt w każdych czasach. Z marzeń nas nie wyrwie, ale też i zamiar był taki, by stworzyć danie lekkostrawne i przejrzyste jak potrawy nouvelle cuisine oraz wysmakowane i szykowne jak martini z wódką „shaken not stired”.

Album nie pozostawia żadnych wątpliwości nawet po pierwszym przesłuchaniu: The Weeknd jest artystą dojrzałym, w pełni świadomym swoich kolejnych kroków i bardzo poważnie traktującym każdą nową propozycję. A, w konsekwencji słuchacza – to słychać, od pierwszych taktów otwierającego album, bardzo wyrazistego Real Life. The Weeknd jest wokalistą pełnym wyobraźni, a pieczołowitość, z jaką wypracowane jest brzmienie każdej piosenki na albumie, jest wprost wzorcowa. Stylistycznie miesza się tu sporo nowoczesnego R&B z rozmaitymi kolorami, często sięgającymi po odmienną stylistykę. Nie brak funkowego zacięcia (świetny singlowy Can’t Feel My Face), nie brak melodyjnych soulowych ballad (Shameless), aranżacje sięgają po urozmaicone instrumentarium (orkiestrowe Earned It). Nie brak też kilku chwytów àla Michael Jackson (In the Night przywodzi na myśl Dirty Diana), ale nie dajmy się zwieść – Beauty Behind the Madness to na wskroś nowoczesna propozycja artysty, który (nie zważając na pasmo sukcesów, jakie ma za sobą) o wiele bardziej interesuje się tym, co jeszcze przed nim niż tym, co było.

Ocena płyty: