Dwa lata po wydaniu debiutanckiego albumu „Something to Happen„, duet Lilly Hates Roses powraca z drugą płytą zatytułowaną „Mokotów„. I tak jak Kasia Golomska i Kamil Durski zapowiadali poprzez tytuł swojego debiutu, na drugim krążku rzeczywiście coś się stało. Coś bardzo dobrego.

Na nowej płycie LHR znalazło się jedenaście numerów zachowanych w folkowym klimacie, jednak z bardziej rockowym pazurem. Mocniejsze dźwięki możemy usłyszeć np. w bynajmniej nie przewidywalnym „Predictible” czy „L.A.S.„, którego nie powstydziłby się żaden zespół rockowy. Nie zabrakło także spokojniejszych, bardziej akustycznych numerów, które znamy już z pierwszego albumu. Tym razem duet zaserwował nam m.in. uroczy, tytułowy singiel „Mokotów” nasuwający skojarzenia z twórczością Meli Koteluk, nieco elektroniczny „Eternal oraz wzruszający „No Regrets” z pięknym tekstem o uczuciu między dwojgiem ludzi.

Niespodzianek na płycie nie brakuje. Wśród wszystkich piosenek na albumie znalazł się m.in. utwór „Lifeboat„, w którym gościnnie zaśpiewał Dawid Podsiadło. Trzeba przyznać, że jego głos w połączeniu z delikatnym wokalem Kasi brzmi równie ciekawie, co zestawienie głosów wokalistki i jej muzycznej, drugiej połówki. Pojawienie się Podsiadłego w projekcie bynajmniej nie dziwi, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że nad płytą LHR czuwał Bogdan Kondracki, który ma na koncie współpracę nie tylko z wokalistą zespołu Curly Heads, ale także m.in. z Moniką Brodką, Smolikiem czy Anią Dąbrowską.

Podobnie jak na pierwszej płycie, duet zdecydował się na umieszczenie na nowym krążku zarówno polsko-, jak i anglojęzycznych kawałków. I choć coraz trudniej przekonać słuchacza do tekstów w rodzimym języku, to warstwa liryczna utworów „Feng Shui„, „L.A.S.” czy tytułowego singla „Mokotów” dość szybko wpada w ucho i ładnie brzmi, ale nie jest przy tym głupia czy grafomańska. Podobnie jest zresztą w przypadku numerów anglojęzycznych, w których dość silniej wyeksponowany jest wokal Kamila. Co jest największą zaletą tych numerów, to poczucie, że nie słuchamy polskiego, lokalnego zespołu, ale światowej grupy z dobrze śpiewającymi wokalistami oraz przemyślanymi melodiami opatrzonymi mądrymi tekstami.

Cały album zamyka jeden z najlepszych utworów z płyty, „Ghosts„, który zaczyna się spokojnie, by z każdą chwilą zmieniać brzmienie na bardziej folkowe. I tak jak na początku mieliśmy elektroniczne brzmienia, nieco nowych rozwiązań muzycznych, tak przez kolejne dziesięć pozycji powoli wracaliśmy do znanych nam i lubianych, folkowych klimatów. Musimy przyznać, że po dwóch tak dobrych płytach LHR nie możemy doczekać się trzeciej części. Miejmy nadzieję, że już niedługo.