Trzy lata po premierze płyty „Black and White America” światło dzienne ujrzał jubileuszowy, dziesiąty album studyjny Lenny’ego Kravitza pt. „Strut„. Krążek nie tylko zawiera masę nowych, wpadających w ucho aranżacji od wokalisty, ale jest także idealnym akcentem wydanym w 25. rocznicę ukazania się jego debiutanckiego longplay’a w 1989 roku.

Najnowszy album spod szyldu „by Lenny Kravitz” przyciąga już dzięki samej okładce, na której uwagę przykuwa imponująco umięśnione ciało wokalisty. Po zapoznaniu się z zawartością płyty jest jeszcze goręcej, co zwiastuje już tytuł pierwszego utworu – „Sex„. Chwytliwy refren, nawiązujące do lat 80. brzmienia oraz charakterystyczny bas tworzą kawałek, który osiada w głowie i całkowicie od siebie uzależnia. Nie można pozbyć się poczucia powrotu do korzeni artysty oraz jego pierwszego albumu zatytułowanego „Let Love Rule„, na którym znalazły się równie uwodzące dźwiękami piosenki.

Zachwyt nad warstwą produkcyjną, melodyczną i tekstową płyty rośnie z numeru na numer. Najgłośniejszy singiel promujący album, „The Chamber„, od pierwszej sekundy zapowiada się na potencjalny przebój (który, notabene, został, docierając m.in. do 6. miejsca listy airplay w Polsce), szybko zapada w pamięć nie tylko dzięki przyjemnemu wokalowi Kravitza, ale także za sprawą kojącym dźwiękom basu oraz genialnej perkusji w tle.

Sekcja instrumentalna intryguje także w kolejnych utworach, od rockowego „Dirty White Boots„, przez odprężający „New York City„, aż po liryczny „She’s a Beast” (pełny akustycznych wstawek) oraz ociekające erotyzmem „Frankenstein” i „Happy Birthday” z zabójczymi solówkami na saksofonie. Nie zabrakło także romantycznych ballad: niewinnej „The Pleasure and the Pain” oraz emocjonalnej „I Never Want to Let You Down„, całość zamyka natomiast jedyny cover na płycie – nowa aranżacja piosenki „Ooo Baby Baby” z repertuaru r’n’biowej grupy The Miracles. Każdy z numerów ma w sobie coś przyciągającego, dzięki czemu płyty nie chce się odłożyć po pierwszym przesłuchaniu. Na ich tle nieco przeciętnie wypada jednak wprowadzająca rock’n’rolla na krążek, ale całkowicie bezbarwna kompozycja „I’m a Believer„, która okazuje się przysłowiowym „piątym kołem u wozu”, tudzież całkowicie nie pasującym do reszty „Piotrusiem Panem”.

Największą zaletą ostatniego albumu Kravitza jest niewątpliwie czarujący wokal artysty oraz kolejna dawka porządnie wyprodukowanego materiału z radiowymi perełkami oraz emocjonalnymi akcentami. Płyta znacznie odstaje od pozostałych krążków wokalisty, okazując się jednym z najspokojniejszych dzieł Nowojorczyka. Płyta sprawdzi się idealnie jako muzyczny towarzysz zarówno długich podróży, wieczorów przy winie, jak i podkręcająca miłosne uniesienia ścieżka dźwiękowa intymnych chwil między zakochanymi.

Teraz pozostaje tylko czekać na nadchodzący koncert Kravitza w Polsce, który odbędzie się w sierpniu 2015 roku w Ergo Arenie.