Na takie koncerty warto czekać nawet dziesięć lat! 3 listopada na warszawskim Torwarze wystąpiła Lisa Stansfield, która w tym roku powróciła na scenę muzyczną po dekadzie przerwy. I trzeba przyznać, że była to jedna z najlepszych decyzji w jej życiu.

Po zaledwie kilkuminutowym opóźnieniu na scenie pojawił się wreszcie zespół Stansfield, a potem sama gwiazda. Wieczór otworzył żywiołowy singiel „Can’t Dance„, który promuje najnowszą (i pierwszą po dziesięciu latach przerwy) płytę wokalistki pt. „Seven„. Roztańczona publiczność z radością przyjęła kawałek, podobnie jak kolejny szybki numer – „Set Your Loving Free” (z albumu pt. „Real Love” z 1991 roku), w którym artystka zaczęła oczarowywać nie tylko swoją charyzmą, ale także niesamowitymi warunkami wokalnymi. Wysokie dźwięki zaśpiewane w kilku kolejnych piosenkach tylko potwierdziły, że ta przerwa zrobiła dobrze nie tylko jej fanom, ale także samej Stansfield.

Podczas całego koncertu usłyszeliśmy nie tylko repertuar z nowej płyty Stansfield (w tym m.in. single „So Be It” oraz „Carry On„), ale także przeboje pochodzące z jej poprzednich wydawnictw. Dzięki temu mogliśmy m.in. potańczyć przy jej największym przeboju „All Around the World” („Affection” z 1989), powzruszać się przy numerze „Time To Make You Mine” („Real Love” z 1991), pośpiewać razem z nią piosenkę „8-3-1” (album „Face Up” z 2001) czy pokołysać się w rytm romantycznej wersji singla „Never Never Gonna Give You Up” z repertuaru Barry’ego White’a, którą wokalistka nagrała na swój czwarty krążek („Lisa Stansfield” z 1997). Nie zabrakło zatem skrajnych emocji, a co za tym idzie – jeszcze większej emocjonalności całego wydarzenia.

Niespodzianką dla wszystkich zgromadzonych na Torwarze fanów było także zaprezentowanie przez Lisę jej najnowszego, porywającego do tańca singla „There Goes My Heart„, który powstał na potrzeby re-edycji płyty „Seven”. W trakcie dwugodzinnego show mieliśmy okazję także posłuchać instrumentalnych popisów zespołu, a także niezwykłej solówki na saksofonie, zaprezentowanej tuż przed prawdziwą perełką całego koncertu w postaci rewelacyjnego „Someday (I’m Coming Back)„, wykorzystanego w ścieżce dźwiękowej kultowego filmu pt. „Bodyguard” z Whitney Houston w roli głównej. Niezwykła ekspresja Stansfield, połączona ze świetną grą orkiestry stworzyła niezapomnianą całość, która do dzisiaj zapewne siedzi w głowie wielu obecnym na koncercie. Na bis otrzymaliśmy natomiast takie utwory, jak „Love Can” z krążka „Seven”, „People Hold On” oraz „Live Together” („Affection” z 1989), w trakcie którego artystka otrzymała kilka bukietów kwiatów, z zamian za to wydobywając z siebie najlepsze dźwięki, jakie mogliśmy usłyszeć podczas wieczoru.

Chociaż po koncercie zdania na temat widowiska były podzielone, my uważamy poniedziałkowy występ Lisy Stansfield za jeden z najlepszych tegorocznych koncertów, które odbyły się w Polsce. Niesamowita energia, wiele emocjonalnych momentów, niezwykła charyzma wokalistki oraz świetny zespół sprawiły, że warszawski punkt trasy koncertowej artystki długo pozostanie nam w pamięci.