Na wstępie relacji chcę uczciwie zaznaczyć, że Michael Bublé jest artystą, co do którego raczej nie potrafię być obiektywna. I dobrze mi z tym! Ten tekst będzie więc wyrazem mojej ogromnej sympatii i szacunku, którym darzę wokalistę od wielu lat. Swoim występem w Kraków Arenie Michael potwierdził bowiem, że zasługuje na te uczucia w stu procentach.

Na koncercie nie mogło oczywiście zabraknąć przyjaciół wokalisty, grupy Naturally 7, która swoim występem rozgrzewała publiczność zanim on sam wyszedł na scenę, a także wspomagała go, wykonując razem z nim kilka utworów. Nowojorczycy wyszli na scenę około godziny 19, a ich występ, choć fantastyczny, trwał tylko 30 minut. Swoją energią i mocnymi głosami skutecznie rozgrzali jednak publiczność i niewątpliwie sprawili, że poziom ekscytacji ludzi zebranych w hali zdecydowanie wzrósł. Najbardziej wyczekiwany moment wieczoru nastąpił jakieś dwadzieścia minut później, kiedy to zgasły światła, salę przepełniła pełna emocji muzyka, a kurtyna zasłaniająca scenę zaczęła się powoli podnosić i oczom fanów ukazał się Michael.

Już sam początek show był bardzo efektowny i wywołał wiele emocji wśród publiczności. Wraz z pierwszymi dźwiękami rozpoczynającego koncert utworu „Fever” scena stanęła w płomieniach! Następnie Michael zaśpiewał jeden ze swoich największych hitów, „Haven’t met you yet”. Po jego zakończeniu z właściwym sobie poczuciem humoru powitał dziesięć tysięcy ludzi zgromadzonych w hali i zapowiedział, że pragnie, aby ten wtorkowy wieczór był niezapomnianą, szaloną imprezą i dołoży wszelkich starań, aby tak właśnie się stało. Jak się później okazało, zdecydowanie nie były to czcze obietnice. Bublé był nie tylko w znakomitej formie wokalnej, ale także, nie musząc o to szczególnie zabiegać, miał fantastyczny kontakt z publicznością. Zaprosił jedną z fanek do siebie, podpisał przygotowany przez nią plakat i z wdzięcznością przyjął maskotki uszyte przez inną z kobiet.

Mocnym punktem wieczoru było także bez wątpienia zestawienie utworów, jakie zaprezentował artysta. Wśród utworów z najnowszej płyty, „To be loved” zabrakło co prawda niestety pięknej ballady „Close your eyes”, usłyszeliśmy jednak energetyczne „Who’s loving you” czy „Come dance with me”. Pojawiło się także wiele kompozycji z poprzednich krążków Michaela, takich kultowe „Moondance”, „Feeling good” czy zadedykowany wszystkim niezjedzonym pierogom utwór „Home”. Bublé dał także wyraz szacunkowi, jakim darzy swoich idoli ,wykonując chociażby „Burning love” Elvisa Presleya czy „All you need is love” zespołu The Beatles, podczas którego fani zatonęli w morzu białych i czerwonych serduszek. Dużym zaskoczeniem był natomiast poprzedzony niewybrednym żartem fragment piosenki Taylor Swift czy kawałek „Happy”, który Michael zaśpiewał w towarzystwie Naturally 7.

Na uwagę zasługiwała cała oprawa muzycznej uczty. Ilość efektów specjalnych była zdecydowanie większa niż podczas koncertu, który odbył się dwa lata temu w Gdańsku, a pod koniec koncertu Bublé uniósł się nawet na specjalnym podeście kilkanaście metrów ponad scenę. Wokalista z publicznością pożegnał się zaś tradycyjnie, a jednak absolutnie wyjątkowo – przepięknym wykonaniem utworu „Song for you”, którego ostatni fragment zaśpiewał a capella po czym uklęknął i w geście szacunku pocałował scenę.

Koncert zrobił na mnie ogromne wrażenie i z pewnością pozostanie w mojej pamięci na długo. Michael dotrzymał słowa i sprawił, że czułam się jak na fantastycznej imprezie. Nie był to mój pierwszy koncert wokalisty i do tej pory nie widziałam, żeby był on pod tak dużym wrażeniem miasta, w którym gra, a przede wszystkim publiczności. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać, aż Kanadyjczyk ponownie zawita w naszym kraju i przypomni polskim słuchaczom, że zdecydowanie zasługuje na to, by być kochanym.