O tej płycie było głośno dużo przed jej wydaniem. Barbra Streisand postanowiła zaprosić do nagrania wspólnej płyty całą plejadę najlepszych wokalistów, z którymi występowała w przeszłości oraz stworzyć z nimi specjalny album. Efekt pracy został krążek „Partners„, nad którym chyba bardziej się zachwycamy, niż jest to potrzebne.

Lista zaproszonych artystów z pewnością robi wrażenie. Michael Bublé, Stevie Wonder, Billy Joel, John Legend, Andrea Bocelli, a nawet, dodany za pomocą techniki komputerowej, Elvis Presley to nazwiska, które przyciągają same sobą do zakupienia, albo chociaż przesłuchania, całego albumu.  Każdy z nich ma charakterystyczny wokal, obycie sceniczne oraz charyzmę. Ten zabieg sprawił, że już w pierwszym tygodniu wydawnictwo kupiło prawie 200 tys. słuchaczy, dzięki czemu Streisand zadebiutowała na szczycie amerykańskiego notowania Billboardu (i została tym samym pierwszą artystką w historii, która dotarła ze swoim krążkiem na pierwsze miejsce zestawienia w sześciu kolejnych dekadach). Zapoznając się jednak z zawartością płyty, pozostaje lekkie rozczarowanie. I to nie tyle partiami wokalnymi, które są świetne, ale repertuarem oraz samą Streisand. Pomimo ciekawych aranżacji, po które wokalistka sięgała kilkanaście lat temu, większość numerów jest nieco banalna, wtórna i nie intryguje. Wszystko ratują ładnie komponujące się ze sobą głosy duetów.

Trzeba przyznać, że zaletą albumu jest jego spokojny klimat, który słychać m.in. w otwierającym płytę kawałku „It Had to Be You” z gościnnym udziałem Bublé. Nie brakuje perkusji, klawiszy oraz charakterystycznej barwy głosu przystojnego Kanadyjczyka. Jednak nic poza tym, nie ma w nim żadnego wyjątkowego brzmienia, porywającego fragmentu. Podobnie jest w kolejnych utworach, takich jak „Come Rain or Come Shine” (z Johnem Mayerem), „I’d Want It to Be You” (z Blakiem Sheltonem) czy „The Way We Were” (z Lionelem Richiem). Wszystkiego słucha się przyjemnie, ale drugi raz wracać się do tego nie chce.

Na tym tle dość ciekawie prezentują się natomiast takie piosenki, jak tytułowa „People” (zaśpiewana z Wonderem), „New York State of Mind” (której życia dał Joel) czy wzruszającej „Evergreen„, w której swój liryczny wokal zamieścił Babyface, a Streisand dodała wszystkiemu ekspresji, znanej m.in. z jej przeboju „Woman in Love„. Wrażenie robi także mocna kompozycja „I Still Can See Your Face„, którą swoją obecnością uratował Bocelli. Nie można zapomnieć także o najbardziej spektakularnym duecie (oraz największym magnesie dla potencjalnych kupujących album), jakim jest Streisand-Presley. Para zaśpiewała „razem” jeden z największych hitów „Króla Rock’n’Rolla” – „Love Me Tender„, któremu nadali drugie brzmienie. Bardzo ciekawy pomysł, wykonany porządnie i dający zaskakujący efekt. Jeszcze ciekawiej prezentuje się kawałek „I’ve Got a Crush on You” „nagrany” z Frankiem Sinatrą i umieszczony na rozszerzonej wersji płyty. Na tym wydaniu usłyszymy także ciekawe duety z Barrym Manilowem czy Bryanem Adamsem, znacznie ciekawsze niż te z podstawowego wydawnictwa.

Żeby się nie rozpisywać – płyta zawiodła. I to nie od strony zaproszonych artystów, produkcji czy klimatu. Wydawać by się mogło, że Streisand po prostu nagrała coś bardzo banalnego i nudnego, czego po niej spodziewać się nie mogliśmy. Na krążku zabrakło jej pazura, którym podbijała listy przebojów kilka lat temu. Gdyby wszystkie piosenki z albumu zaśpiewała sama, wydawnictwo okazałoby się zapewne jeszcze większym zawodem, i na pewno nie dotarłoby na szczyt notowania Billboardu. Szkoda.