W sobotni wieczór w Studiu Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej wystąpił Bo Saris, holenderski wokalista soulowy i autor piosenek, który w maju br. wydał swój album pt. „Gold„. Każdy obecny w sali może przyznać, że to, co działo się w studiu radiowej „Trójki” przejdzie do historii.

Przed występem z nowym materiałem, Saris udzielił krótkiego wywiadu Piotrowi Metzowi, opowiedział krótko o początkach swojej kariery i reakcji na pierwszy odsłuch swojej muzyki w radiu. Wokalista zdradził też, że gdyby musiał wybrać jedną płytę, którą zabrałby na wieś, byłby to album Marvina Gaye’a pt. „What’s Going On„. Po rozmowie zaczął się koncert, który otworzył najgłośniejszy singiel artysty, czyli „She’s on Fire„, w którym brzmi nieco jak europejska, równie dobra wersja Bruno Marsa. Mocna perkusja, gitara elektryczna i basowa od samego początku wprowadziły publiczność w taneczny, swingowy klimat, zachęcając ich do kołysania. Sam Saris ani myślał o bezczynnym staniu na środku sceny i od razu zaczął tańczyć, czasami przypominając Elvisa Presleya, i jego legendarne ruchy z ery przeboju „Love Me Tender„. Z kolejnymi kawałkami nie było słabiej, z utworu na utwór coraz więcej ludzi stawało na środku sali, aby dołączyć do roztańczonego wokalisty. Zarówno podczas uwodzicielskiego śpiewania „Get to Know You Better„, jak i „Little Bit More„, podczas którego wszyscy zaczęli pogwizdywać za artystą lub klaskać w rytm przed niego wystukiwany.

W trakcie koncertu radosne propozycje przeplatały się z tymi spokojniejszymi, dlatego nie mogło zabraknąć wzruszającego „The Addict„, podczas słuchania którego można było poczuć się jak na koncercie Justina Timberlake’a, oraz soulowego „I’m Done„. Bez wątpienia, oba wykonania należy uznać za najciekawsze wykonanie wieczoru. Niezwykle emocjonalne, z częstymi zmianami wysokości śpiewania spowodowały, że całości słuchało się z szeroko otwartymi oczami, nieco wilgotnymi od łez.

Przed wykonaniem ostatniego kawałka, „Shoes” (zachowanego w „timberlake’owym” klimacie), Saris zapytał publiczność: „Jesteście gotowi, by zatańczyć jeszcze raz?”, po czym wszyscy wstali z krzeseł i zaczęli kołysać się razem z nim. Nie zabrakło świetnych wokaliz, ciekawej choreografii oraz niesamowitej atmosfery. Po występie sala niemal trzęsła się od ogromu braw, a sam artysta, wyznał, że gdyby to  zależało od niego, wystąpiłby w Warszawie nawet jutro. Po zejściu za kulisy, widzowie nie dali mu odejść, skandując jego nazwisko i przyciągając go z powrotem na scenę. Na bis usłyszeliśmy dwa kawałki, w tym ponownie singiel „She’s On Fire„, który najbardziej się spodobał.

Zgodnie z zapowiedziami Sarisa, mam nadzieję, że pojawi się on jeszcze nieraz w Polsce. Jeżeli tylko okaże się to prawdą i pierwsze daty zostaną potwierdzone, od razu zabukujcie bilety nawet tego samego dnia. Naprawdę warto, nie tylko dla samego głosu wokalisty, ale także dla jego niesamowicie pozytywnej osobowości.