Tuż po weekendzie, w poniedziałkowy wieczór, po ciężkim dniu, każdy myśli tylko o jednym – odpocząć, wyłączyć się i naładować akumulatory. Idealną okazją do tego był wczorajszy, niesamowity koncert Ani Szarmach i Franka McComba w warszawskim klubie Po Prostu Zachęta.

Pół godziny po planowanym rozpoczęciu koncertu, na scenę wszedł zespół, a tuż za nimi zjawiskowo wyglądająca Ania Szarmach. Jak sama przyznała, był to pierwszy występ z trasy, na który zdecydowała się założyć suknię. I trzeba przyznać, że już za sam wygląd można byłoby przyznać jej najwyższe noty, najlepsze jednak było dopiero przed nami. Już podczas pierwszego utworu wokalistka stworzyła bardzo skromny, kameralny klimat, podkreślony delikatnymi brzmieniami gitary Damiana Kurasza i basu, na którym zagrał Piotr Żaczek. Całość dopieścili rytmicznymi uderzeniami perkusista Robert Luty oraz Grzegorz Jabłoński, który zasiadł za fortepianem.

Po przywitaniu się z publicznością, przy towarzystwie nadal grającego zespołu, oraz podziękowaniu za przyjście, wokalistka zaprezentowała kolejne kawałki ze swoich płyt, w tym m.in. wzruszające „Dlaczego” ze świetnymi wokalizami w trakcie, „Inna” z rytmicznymi akcentami perkusji, oraz jeden z ulubionych utworów artystki, czyli „Heart of the Matter” z repertuaru Dona Henley’a (coverowany również przez Indie.Arie). Muszę przyznać, że momentami wokalistka brzmiała nie jak polska piosenkarka, ale jak gwiazda światowej rangi, taka jak np. Céline Dion. Dobry odbiór jej ciepłego głosu psuły mi natomiast wysokie dźwięki śpiewane przez nią, które nie brzmiały ani ciekawie, ani specjalnie czysto. O wiele przyjemniej słuchało mi się jej w niższych, skromniejszych rejestrach i to właśnie te urzekły mnie nie tylko na żywo, ale także na najnowszej płycie, zatytułowanej „POZYTYWka” (2012). Oczywiście, podczas całego koncertu nie zabrakło tytułowego utworu z tego albumu, a jego minimalistyczne, najbardziej kameralne spośród reszty wykonanie wbiło mnie w fotel. Dzięki dźwiękom bębnów kilka razy poczułem się jak na koncercie Kayah, co dodatkowo urzekło mnie w całym występie. Przyjemnie wybrzmiał także nieco zmieniony aranżacyjnie utwór „Open Your Mind„, podczas którego cała publiczność pstrykała oraz klaskała do rytmu.

Jednym z moim ulubionych momentów z całego koncertu Ani Szarmach, było wykonanie nowej wersji jej najpopularniejszego numeru – „Silna„, zdominowanego tym razem nie przez wokal, ale przez mocne brzmienia perkusji i talerzy. Niespodzianką dla każdego było wplecenie przez wokalistkę… refrenu przeboju Pharrella Williamsa – „Happy„! Całość wyszła bardzo spójnie i ciekawie, więc niedziwne, że artystka zdobyła po wszystkim ogromne brawa. Podobne reakcje wywołały wokalizy wykonane w utworze „Z Tobą” oraz wejście na scenę Franka McCombiego, który razem z Szarmach wykonał na dwa głosy m.in. wzruszającą balladę „I Will Be There” z repertuaru Jacksons 5, która wprowadziła nutkę romantyzmu do całej sali. Później było jeszcze lepiej, ponieważ McComb zasiadł za fortepianem i zaprezentował takie piosenki, jak „Cupid’s Arrow” czy „Left Alone„, którego melancholijne wykonanie wzruszyło niejednego zgromadzonego.

W pewnym momencie cały zespół oraz Ania na chwilę zniknęli za kulisami, pozostawiając nas w objęciach niezwykłej muzyki McComba. Artysta zaśpiewał dla nas m.in. przeboje Donny’ego Hathawaya, do którego muzycznie jest często porównywany. Zarówno emocjonalna, wzruszająca prezentacja „Someday We’ll All Be Free„, jak i nieco radośniejsze wykonanie „Flying Easily” sprawiły, że chciało się go słuchać i słuchać. Nie zabrakło także solówek oraz pięknych zakończeń. McComb nie byłby sobą, gdyby nie pokazał, że poza byciem świetnym muzykiem, ma także ogromne poczucie humoru. Po wykonaniu „Flying Easily”, zwrócił się do widowni i z wrodzonym urokiem przedstawił każdemu, kto nie wiedział, kim jest, a tym, którzy są jego fanami, z uśmiechem podziękował za wsparcie. Nie zapomniał także o Ani Szarmach oraz jej bracie, Adamie, którym był wdzięczny za zaproszenie. Przed powrotem wokalistki na scenę, muzyk zaśpiewał jeszcze magiczną wersję „Song for YouAndy’ego Williamsa (spopularyzowanego jednak przez Ray’a Charlesa). Kiedy dołączyła do niego Ania, para wykonała świetnie brzmiące „You’ve Got a Friend„, stwarzając przyjacielską atmosferę oraz wywołując uśmiech praktycznie u każdego z widzów.

Nie mogło także zabraknąć bisu. Na scenie pojawił się sam Frank, który zamknął cały koncert pięknym wykonaniem utworu „Another Day” zespołu Buckshot LeFonque. I takiego zakończenia poniedziałku życzyłbym sobie co tydzień. Wokalizy, subtelna gra na fortepianie oraz urzekający głos wokalisty stworzyły niezwykłą całość. Po wspólnym ukłonie wszystkich występujących, widzowie powoli zaczęli kierować się do wyjścia, radośnie komentując całe wydarzenie.

[AFG_gallery id=’35’]