W sobotę w warszawskim klubie Palladium odbył się koncert, którego wielu z obecnych długo nie zapomni. Moszczyński Pietsch & bibobit jako support oraz Poluzjanci i Dirty Loops jako gwiazdy wieczoru – na jednej scenie stanęły aż trzy świetne zespoły, które rozgrzały publiczność (oraz sam budynek) do czerwoności.

Jako pierwsi na scenie zaprezentowali się żywiołowi muzycy, z wokalistą i basistą Bartkiem Pietschem oraz talk-boxerem Danielem „Wolnym” Moszczyńskim na czele. Zespół zaprezentował utwory ze swojej EP-ki, w tym przebojowego „Astronautę” oraz „Plotkę„. Oprócz świetnego kontaktu wokalistów z publicznością, na wyróżnienie zasługuje także niezwykła gra klawiszowca Zdzisława Babiarskiego oraz saksofonowe wstawki Jan Adamczewski. Jednak to był jedynie przedsmak tego, co potem zaczęło dziać się na deskach teatru Palladium.

Kiedy na scenę weszli Poluzjanci, w całym budynku zawrzało. Piski i okrzyki oczekujących widzów nie pozostawiały wątpliwości, że koncert będzie czymś więcej, niż tylko zwykłym „odśpiewaniem” utworów z set-listy, a muzycy zrobią wszystko, by zadowolić oczekujących fanów. I nie zawiedli ich, już na starcie serwując im świetne wykonanie „Po co ci to?„. Wszystko podkreślone zostało także genialną grą perkusisty – bębniarza Roberta Lutego oraz przemyślaną grą świateł, za co oświetleniowcom należą się ogromne brawa.

Potem było jeszcze lepiej – wykonanie utworu „Trzy metry ponad ziemią„, pełne elektronicznych wstawek na klawiszach, solówki basisty Piotra Żaczka i gitarzysty Przemka Maciołka, utwierdziło niejednego zgromadzonego w przekonaniu, że Poluzjanci to coś więcej, niż świetny zespół złożony z muzyków, ale jedna całość, niezwykle zgrywająca się ze sobą i rozkochująca w sobie słuchaczy. Pozostając w podobnym, nieco alternatywnym klimacie, grupa zaprezentowała „Karmel” w ciekawej, bluesowej odsłonie, zawierając m.in. kolejną basową solówkę oraz kojące uszy wokalizy Kuby Badacha, który zaczął aktywną integrację z publicznością, zachęcając ją do śpiewania razem z nim. Po wykonaniu końcówki a’cappella (która wyszła fenomenalnie), zespół bardzo płynnie przeszedł do numeru „Taki pan„, w którym także nie mogło zabraknąć wokaliz wykonanych przez – zapewne ledwie oddychającą publiczność. Aby nieco uspokoić atmosferę i dać odetchnąć roztańczonym fanom, zespół zaproponował nam spokojny kawałek „Randka na księżycu„. Poluzjanci nie byliby jednak sobą, gdyby nagle nie zaskoczyli nas nagłym przyspieszeniem tempa, mocnymi akcentami na bębnach oraz ciekawymi „loopami” na drugim planie.

Gwiazdą koncertu, jak zwykle, okazał się jednak wokalista Kuba Badach, który swoim poczuciem humoru oraz dowcipnymi rozmowami z widzami wprowadził niemalże rodzinną atmosferę na koncert, śmiejąc się przed wykonaniem utworu „Miejski„, że „jest to utwór, którego nie umiemy zagrać, więc my będziemy udawali, że umiemy, a Wy udawajcie, że się świetnie bawicie”. Na szczęście, nikt niczego udawać nie musiał, ponieważ na scenie działo się wiele, a publiczność bujali się w rytm, celebrując każdy dźwięk zagrany przez Poluzjantów. Nie inaczej było przy kolejnych numerach, w tym przy „Round and Round” czy „Czarno-Białym„, omyłkowo poprzedzonym dynamicznym wejściem perkusyjnym do kawałka „Dwa na dwa„. Ta mała „wpadka”, zabawnie skomentowana przez samych muzyków, nie przeszkodziła jednak nikomu w bezkrytycznym odbiorze całości.

Do najpiękniejszych momentów koncertu nie można nie zaliczyć wspólnego śpiewania a’cappella refrenu, później zagranego na klawiszach. Kabaretowe podejście Badacha oraz niezwykłe integracja publiczności, piskliwe głosy pań oraz bardzo niskie śpiewanie mężczyzn stworzyła piękny obrazek, dzięki któremu śmiechów i ciepłej atmosfery nie było końca. Ostatnia propozycja od zespołu, „Mała katastrofa”, oraz bisowe wykonanie piosenek „Tralala 3000” oraz „Prosta piosenka” świetnie podsumowały cały występ Poluzjantów – muzyka na najwyższym poziomie, niezwykle uwodzicielski, ciepły wokal Badacha, genialna perkusja oraz idealnie dopasowane światła na długo utkwiły mi w pamięci, podobnie jak wielu zgromadzonym.

Kolejną, równie mocną dawkę pozytywne energii oraz rewelacyjnej muzyki dostarczył wszystkim szwedzki zespół Dirty Loops, który przygotowuje się do wydania swojego debiutanckiego albumu pt. „Loopified„. Muzycy zaprezentowali na scenie praktycznie wszystkie kawałki z płyty, zaczynając cały „performens” od stworzenia bardzo tajemniczego, pełnego napięcia i nieco mrocznego klimatu niepewności, prezentując alternatywną muzykę zza kulis, świetnie współgrającą z białymi światłami krążącymi po całej sali. Kiedy już wszyscy stanęli na swoich pozycjach, zaczęło się prawdziwe show. Płynne przejścia z jednego utworu do drugiego, nieoczekiwane zmiany rytmu i tempa (np. w „Sayonara Love” czy znakomitym „Sexy Girls„), mocne wejścia perkusisty Arona Mellergårdha, wstawki basisty Henrika Lindera oraz śpiew Jonaha Nillsona uwiodły wszystkich, zarówno pod sceną, jak i na balkonie.

Prawdziwy szał zaczął się, kiedy zespół zaczął grać swoje wersje największych przebojów ostatnich lat. Znakomita przeróbka „Rolling in the DeepAdele, zachowana w stylu elektro-funky, zawierająca jazzowe wstawki oraz prezentująca niezłe warunki głosowe Jonaha (nawet w nieco przekrzyczanych momentami refrenach), zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Nie inaczej było przy innych coverach, w tym m.in. przy alternatywnej, nierytmicznej wersji przeboju „Please Don’t Stop the MusicRihanny, porywającym „Wake Me UpAvicii’ego czy rockowo-funkowym… „BabyJustina Biebera. Aż trudno uwierzyć, że wystarczy jedynie zmiana instrumentów, brzmień, a także nieco tempa i sposobu śpiewania, by stworzyć zupełnie inny kawałek, zachowując jednak cząstkę oryginału. W obu dużym plusem okazały się instrumentalne wstawki basisty i perkusisty, a także wprowadzanie słuchaczy w nieco jazzowo-podobny klimat.

Niezwykle uroczym momentem koncertu była chwila „prywaty” ze strony wokalisty, kiedy poinformował on o ślubie swojej siostry. W ramach prezentu, poprosił nas wszystkich o głośne złożenie życzeń świeżo upieczonej parze młodej, które nagrał na telefon. Zaśpiewanie „sto lat” oraz głośny okrzyk „Congratulations Maria & Gasper” zrobiło piorunujące (i wzruszające) wrażenie. Równie pozytywna reakcja spotkała zespół po wykonaniu ich singla „Die for You„, „The Way She Walks” czy bisowego „Hit Me” oraz „Just Dance” z repertuaru Lady Gagi. Trzeba przyznać, że jeżeli chodzi o nagrywanie coverów, to Dirty Loops są idealnym dowodem na to, że jest to wartościowe dopiero w momencie, kiedy muzyk włoży w nowa wersję 200% siebie, nie opierając się głównie na tym, co już zostało nagrane, ale na tym, co umieścił „od siebie”.

Niemal cztery godziny wystarczyły, bo naładować się pozytywnie nie tylko na kolejny dzień, tydzień, ale także miesiąc. Niepowtarzalna dawka muzyki, niemalże perfekcyjne wykonania oraz przednia zabawa, ze świetnymi wokalistami oraz instrumentalistami, a całość doprawiona dopasowanymi efektami świetlnymi – potrójny koncert w Palladium uważam za bardziej, niż udany. Mam nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy Good Taste Production decyduje się na taki krok oraz na zaproszenie tak dobrych zespołów.

[AFG_gallery id=’42’]