Normalna dziewczyna. Znacie takich ze trzydzieści. Ale kiedy zaczyna śpiewać, a w pokoju już dawno zgasło światło i wszyscy w domu śpią, to nagle pstryk! i zabawki ożywają, lalki tańczą na stole i paprotki kiwają się do rytmu. Fredrika Stahl to trochę jazzu, trochę popu, młodość i autorskie teksty. O roli reklamy i samotności w karierze muzyka opowiada Jakubowi Sokołowskiemu.

Przeczytałem w jednym z wywiadów, że byłaś maniakiem gier komputerowych.

Faktycznie! (śmiech) Ale to jest chyba naturalne kiedy dorasta się z dwoma braćmi.

Wiesz, strzelanki jakoś mi nie pasują do twojego muzycznego profilu…

Nie, nie, nie. Raczej nie byłam fanką strzelanek. Chociaż moi bracia je uwielbiali. Ja wolałam raczej gry strategiczne, coś jak Age Of Empires. O kurcze, teraz czuje że mam ochotę w coś pograć! Chociaż w dzieciństwie w pewnym momencie zorientowałam się, że może jednak marnuję czas spędzając go przed komputerem, zamiast przed fortepianem. Więc coraz bardziej skupiałam się na muzyce.

Jak opisałabyś tę swoją muzykę? Czy to jeszcze jazz?

Myślę że zawsze tworzyłam muzykę POP. Nawet na moich pierwszych płytach znalazły się głównie popowe piosenki, chociaż rzeczywiście są one zaaranżowane nieco na jazzowo. Słychać też czasami sporo soulu. Ale w gruncie rzeczy, czuję się artystką popową, nawet jeśli są jakieś ślady innych gatunków w mojej muzyce. Wiesz, jazz ma sporo wolności melodycznej. Ja nigdy nie śpiewałam standardów jazzowych na moich płytach, ale uczyłam się na nich śpiewu. Więc myślę, że to miało spory wpływ na moją edukację i że to może pobrzmiewać w moich utworach dzisiaj.

Jazz to wolność mówisz – to oczywiście prawda, ale dziś jazz to też ścisłe zasady…

Oj tak! W zupełności się z tym zgadzam. To jest właśnie to, co mi się w jazzie nie podobało. Dlatego też nigdy nie chciałabym nazwać się po prostu piosenkarką jazzową. Nawet jeśli decyduję się na jazzowe aranżacje moich piosenek, to chciałabym żeby pozostały MOIMI piosenkami. Kiedy wydałam moje pierwsze nagranie byłam bardzo młoda. Miałam zaledwie 17 lat, byłam niepozorną blondynką ze Szwecji. Potem zdarzało mi się grać z muzykami jazzowymi i wciąż słyszałam: 'ooo nie, nie możesz tego robić w ten sposób, nie nie’. Mówili – 'nie możesz grać jazzu w tak młodym wieku. Może dopiero jak przekroczysz czterdziestkę’. Do tego byli dość zamknięci na wszelkie innowacje i zmiany. Nigdy nie było mi tak dobrze z tym co robię, jak teraz – bo teraz czuję, że mam pełną kontrolę nad moją praca i moja twórczością. Nie jest jednak tak, że nie doceniam tego czasu, który spędziłam z muzykami jazzowymi, to mnie wiele nauczyło. To była moja szkoła. Ale teraz już mogę robić swoje.

Słyszałem, że kiedy tworzysz zawsze zaczynasz od słów, a muzyka powstaje później. Czy to prawda?

Tak było kiedyś.

Było?

Zawsze zaczynałam od tekstów, bo myślałam, że to jest najtrudniejsze. Myślałam – dobra, napiszę tę historię, a potem sobie ją zilustruję muzyką. Jakoś zawsze miałam więcej pomysłów na muzykę niż teksty, więc w końcu doszłam do wniosku, że nie warto odkładać pomysłu na melodię aż przyjdzie mi do głowy dobry tekst. Tak zaczął zmieniać się rytm mojej pracy. Kiedy coś wymyślam, to pracuję nad tym, niezależnie od tego, czy jest to strzępek tekstu czy fragment melodii. Takie inne podejście popycha mnie w zupełnie innym kierunku. Za każdym razem. Co innego powstaje kiedy zaczynam od fortepianu, co innego kiedy od pisania, a jeszcze co innego kiedy pierwszy w mojej głowie pojawia się rytm. Dlatego teraz nie stosuję się do żadnej ścisłej reguły.

Próbowałem zinterpretować tekst jednej z najbardziej znanych twoich piosenek „Willow”. Rzecz jest albo o niespełnionej miłości, albo o odnajdywaniu komfortu w cierpieniu. Na dwoje babka wróżyła.

No nie do końca (śmiech). Piosenka jest oparta na znanym micie nordyckim o wierzbie. Drzewo w tej opowieści jest symbolem oczekiwania na miłość.

No to nie do końca się zrozumieliśmy!

Niby tak, ale z drugiej strony staram się tak pisać moje teksty, żeby nie były jednoznaczne. Nie chcę narzucać nikomu jednej oficjalnej interpretacji. Jeżeli ktoś w mojej piosence widzi coś, o czym ja nie pomyślałam nawet pisząc ją, to mnie to także bardzo cieszy.

Lubisz pracować w samotności?

Raczej tak. Wtedy łatwiej mi się skupić. Kiedy musisz próbowac różnych rzeczy, kiedy wpadają ci do głowy urywki pomysłów, które chcesz przetestować to obecność kogoś w pobliżu jest krępująca. Sprawia, że czuję się zdenerwowana, niepewna. Zwykle pracuję w Szwecji. Tam mogę się zaszyć i mieć chwilę dla siebie.

Wiem, że jeszcze wszystko przed Tobą, ale czy dziś możesz wskazać jakiś najważniejszy, przełomowy moment w swojej kariery? Ze Szwedzkiej samotni wypłynęłaś przecież na międzynarodowe wody.

Mogłabym wskazać kilka momentów i kilka osób, ale chyba najszczerszą odpowiedzią będzie: reklama nissana juke. Wykorzystano tam moją adaptację kołysanki „Twinkle Twinkle”. Reklama emitowana była w około 60 krajach i wszyscy, robiąc sobie herbatę w przerwie filmu słyszeli jak śpiewam. Można się krzywić na komercję i reklamy, ale dla mnie był to spory sukces. Nagle okazało się, że mogę grać więcej koncertów, że więcej ludzi na całym świecie interesuje się moją muzyką. To też była trochę moja reklama!