Bilal Sayeed Oliver jest jednym z tych wspaniałych artystów, którzy nie ograniczają się do jednej stylistyki, mają otwartą głowę i wiecznie poszukują nowych inspiracji. Dlatego też każdy kolejny jego album jest podszyty dreszczem emocji.

Nie będzie jednak mówić o płytach, a o koncercie w Cafe Kulturalna, który dosłownie zmiażdżył mi mózg i przejechał walcem przez mięsień sercowy. Bilal po raz pierwszy w swojej karierze przyjechał do Polski, co oznacza że fani musieli się bardzo cierpliwie naczekać na swojego idola. Zobaczyć go na żywo było moim marzeniem od kiedy nauczyłam się na pamięć wszystkich piosenek z niestety nigdy niewydanego albumu „Love for Sale”. Moje pragnienie się potroiło, gdy przesłuchałam koncertowe wersje piosenek. Wszystko przez jego niesamowitą charyzmę, powiedziałabym nawet „zezwierzęcenie” sceniczne, no i ten GŁOS.

Chwilę po godz. 22:00, supportowaniem zajęli się Night Marks Electric Trio (Marek Pędziwiatr – keyboards, vocal; Adam Kabaciński – bass; Spisek Jednego – beats) z gościnnym featuringiem Pauliny Przybysz.

Ich muzyka jest wykręconym połączeniem hip-hopu, elektroniki, analogowych klawiszy i soulowego wokalu Pinnaweli. Kwartet zagrał premierowy materiał z nowego projektu sióstr Przybysz – Archeo Sisters, który został świetnie wchłonięty przez publiczność. Ku uciesze słuchaczy, nagle w trakcie przerwy między utworami, z pierwszego rzędu wskoczyła na scenę Natalia Przybysz i dołączyła do swej młodszej siostry, wykonując cover Niny Simone. Jak można było przewidzieć rozwój wydarzeń, Natu została na scenie, wykonując z Pauliną resztę premierowych utworów.

Zespół napotkał w czasie grania mały problem techniczny, w postaci spalenia się zasilacza do Norda (stage piano) Marka Pędziwiatra. Mała potyczka nie miała wpływu na odbiór muzyki, i jeżeli tak ma brzmieć Archeo Sisters, to ja je kupuję w ciemno.

Po tak dobrym przygotowaniu, na scenę wszedł zespół Bilala, w składzie: Conley Whitfield Jr. – bass, Steve Mckie – bębny, Corey Bernhard – klawisze, Ed Riches – gitara i Micah Robinson – backing vocal. Emocje sięgnęły zenitu. Większość wykonanych piosenek pochodziła z albumu „A Love Surreal”, zdarzyły się też starsze numery takie jak „All matter”, „Something to Hold On” czy „Make me over”. Na scenie działa się jakaś magia, Bilal czarował różnorodnością barw i możliwościami swego głosu, wywołując cały szereg emocji u słuchacza. Najbardziej cenię artystę za to, że bawi się własnymi melodiami, zmieniając frazy, dźwięki, wysyłając przy tym całe pokłady energii. To wokalista, który dosłownie śpiewa całym sobą. Mocne, dość rockowe aranże, przeplatały się z jazzowymi solówkami, a Bilal pokazał swój kunszt improwizacji wokalnej w „bitwie” ze swoim backing vocalem. Nie zawsze było równo i czysto, ale w tej muzyce było tyle emocji, że to totalnie mi nie przeszkadzało. Nie zabrakło pięknych ballad – „Lost for Now” i „Butterfly”, który zawsze mnie porusza ze względu na piękny tekst.

Entuzjastyczne przyjęcie artysty przez warszawską publiczność przerosło moje oczekiwania. Tłum dosłownie oszalał, wrzaskom nie było końca, a artysta zagrał 'sążny' bis w postaci m.in. „Sista Soul”.

Okazał się także równym gościem, zapraszając na scenę siostry Przybysz aby wspólnie z nim zaimprowizowały piosenkę pt. „Levels”. Sprytnym posunięciem było urządzenie spontanicznego jam session, które pozwoliło na angielskie wyjście muzyków.

Duże ukłony należą się organizatorom – Warsoul, którzy dopięli wydarzenie na ostatni guzik. Dzięki, za sprowadzenie go do Warszawy! To był najwspanialszy koncert w mojej karierze słuchacza. Czekam na kolejny.

Relacja: Agnieszka Bigaj

[nggallery id=253]