Była to „impreza buntu”. Okazało się bowiem, że cieszący się ogromnym powodzeniem, organizowany od dwóch lat festiwal jazzowy w Sopocie, mimo nadziei i obietnic, nie dojdzie do skutku. Wobec tego grupa miłośników jazzu z Hybryd postanowiła urządzić festiwal w Warszawie. I ci, którzy przyjeżdżali do Sopotu – ludzie zakochani w Armstrongu i Ellingtonie, Parkerze i Gillespiem, Mulliganie i Brubecku – pojawili się w stolicy.

„Pragnienie powojennego pokolenia, aby uczestniczyć w tworzącej się kulturze i czerpać ze wzorów sztuki zachodniej, zaczynało powoli brać górę nad szarością i beznadziejnością, wywodzącą się z indoktrynacji reżimowej. I oto cud się stał” – wspominał tamte czasy saksofonista Jerzy Duduś Matuszkiewicz, leader Melomanów, który podczas „pierwszego Sopotu” poprowadził nowoorleański pochód.

W 1958 r. w Centralnym Klubie Studentów Politechniki Warszawskiej Stodoła, który mieścił się wówczas jeszcze w pierwszej siedzibie przy ul. Emilii Plater, „Jamborka” po raz pierwszy zagościła więc w stolicy. Organizatorem był Hot-Club Hybrydy.

W roku następnym – 1959 – przemianowano go na Jazz Jamboree, czyli – na wzór harcerskich jamboree – na jazzowy zlot. Wymyślenie tej nazwy przypisuje się Leopoldowi Tyrmandowi, pisarzowi, wielkiemu propagatorowi jazzu, barwnej postaci ówczesnej Warszawy.

Pierwsza i dwie następne edycje Jazz Jamboree miały miejsce właśnie w Stodole, a część koncertów odbywała się w Krakowie. Potem festiwal gościł w Filharmonii Narodowej, a od roku 1965 kolejne edycje Jazz Jamboree odbywały się w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki.

Stodoła była miejscem dziwnym, magicznym, wypełnionym muzyką. Mieściła się w dawnej drewnianej stołówce, w której jadali budowniczy Pałacu Kultury i Nauki. Atmosferę klubu wspominał Leopold Tyrmand w powieści „Życie towarzyskie i uczuciowe”. „Uwagę Mikołaja przykuwały ostatnio przeróżne baraki, wypełnione jazzem i cichutkim szurgotem fanatycznego tańca. Baraki nosiły osobliwe nazwy, na przykład Stodoła, przesycał je kult intensywności (). Jazzowa liturgia, znosząca podział między grającym a słuchającym, ofiarowała mu dreszcz, którego szukał niezmordowanie (). W tej muzyce widział doskonałość, nic w sztuce nie przejmowało go taką pewnością, że znajduje się w obliczu perfekcji, jak przejrzyste, bezbłędne solo klarnetu czy trąbki”.

I tak, 18 września w klubie Stodoła Janusz Zabiegliński otworzył uroczyście Festiwal „Jazz 58”, grając na klarnecie słynny utwór Stephena Fostera „Old Folks at Home” znany jako „Swanee River”. Ta stara murzyńska pieśń napisana w 1851 r. stała się znakiem rozpoznawczym Jazz Jambore; od tamtego czasu niemal wszystkie festiwale rozpoczynały się od odegrania tej melodii.

W programie festiwalu Leopold Tyrmand napisał „Co będziemy robić w Stodole? Będziemy słuchać jazzu! Jazz stał się spoiwem, i symbolem środowisk, które powstały samorzutnie, naturalnie, drogą naturalnego doboru i wyboru”.

Jazz Jamboree jednak szybko stał się jednym z największych i najważniejszych festiwali w Europie. W trwającej przeszło pół wieku historii na jego estradzie gościły największe gwiazdy światowego jazzu. Wśród najsłynniejszych z nich wymienić należy Duke’a Ellingtona, Milesa Davisa, Theloniousa Monka, Dizzy’ego Gillespiego, Dave’a Brubecka, Benny Goodmana, Wyntona Marsalisa, Abbey Lincoln, The Manhattan Transfer, Bobby’ego McFerrina, Raya Charlesa, Keitha Jarretta, Chicka Coreę, Herbiego Hancocka, Michaela Petruccianiego, Tony’ego Wiliamsa, Arta Blakeya, Sun Ra, Ornette’a Colemana, Sonny’ego Rollinsa, Stana Getza, US3, Dianę Krall.

Jazz Jamboree było też bardzo ważne dla biografii artystycznych polskich muzyków; na festiwalowej scenie mieli oni okazję spotkać się, skonfrontować, a często grać wspólnie ze światowymi sławami. Większość polskich jazzmanów uczestniczyła w Jazz Jamboree.

Wybitni muzycy goszczący na Jazz Jamboree byli magnesem, nie tylko dla polskiej publiczności. Na festiwal do Warszawy przyjeżdżali przez długie lata miłośnicy jazzu, m.in. z Niemiec, Austrii, Skandynawii, Węgier. Prawdziwe rzesze ściągnęły do Warszawy w 1988 roku, gdy na JJ wystąpił Miles Davis (po raz pierwszy pojawił się w Polsce 1983 r.). Dużą popularnością wśród publiczności, a niekoniecznie wśród krytyków, cieszyły się także w latach 1995-1998 edycje festiwalu, których program przygotowywał ówczesny dyrektor artystyczny festiwalu Marcin Kydryński.

O publiczności Jazz Jamboree pisał dowcipnie wielki sympatyk jazzu, redaktor naczelny „Przekroju” Marian Eile: „żadna ze sztuk nie ma tak gorąco oddanej sobie publiczności. Ani w teatrze, ani na koncercie symfonicznym, ani na wystawie obrazów nie widzi się publiczności tak entuzjastycznej, jak na występie jazzowym.() O,jazz ma wiele zalet! Jak na przykład ułatwiał on młodym, powabnym niewiastom zawieranie ze mną znajomości! Najtrudniej zawsze rozpocząć rozmowę, a to stawało się takie proste. Wystarczyło, że powiedziała: + Ach! pan także przepada za bebopem!”.

I to działa – już od 55 lat, choć dziś – jak twierdzą znawcy polskiej i zagranicznej sceny jazzowej – pięćdziesięciolatek Jazz Jamboree jest w umiarkowanej kondycji.

Ostatnia – 54. edycja festiwalu Jazz Jamboree odbyła się w Warszawie w dniach od 7 listopada do 15 grudnia 2012 r. Szczególne miejsce w repertuarze zajęła muzyka skandynawska; wystąpili m.in. artyści z Danii i Norwegii.